W labiryncie wieloodcinkowców.

Wybrać reprezentanta szybko i bezboleśnie? Czy bawić się w wielotygodniowe show z niekończąca się liczbą odcinków? Oto dylemat przed jakim stają nadawcy publiczni organizujący selekcje przed Konkursem Piosenki Eurowizji. Niektóre programy preselekcjne mają od lat niezmienny format, inne zaś co roku mają zupełnie inny wygląd. Niektóre zaś raz się pojawiają, a raz znikają.

Wiele selekcji, ze swoją mnogą ilością odcinków, przypominają maratony czy też seriale. Aktualnie możemy śledzić dwa takie eurowizyjne megaprogramy – litewski oraz izraelski. Co więcej – właśnie zakończyły się trzyodcinkowe selekcje belgijskie. Co dokładnie się działo w ciągu ostatniego miesiąca (!)?

BELGIA

Eurowizja w tym kraju szarpana jest między dwoma telewizjami: walońską i flandryjską. Żadna z nich nie wypracowała sobie stałej metody wyboru reprezentanta – co roku mamy więc z Belgii niespodziankę. Były już wybory wewnętrzne, półwewnętrzne, selekcje mniej lub bardziej rozbudowane. W tym roku telewizja VRT postawiła na trzyodcinkowe show z pięcioma wykonawcami.

Potencjał drzemiący w belgijskich kandydatach na Eurowizję był ogromny. Niestety, jak się okazało, nie został do końca wykorzystany. W pierwszym odcinku artyści zaprezentowali swoje własne wersje eurowizyjnych hitów. Ich niebanalne interpretacje rozbudziły apetyty na świetne selekcyjne propozycje. Były to płonne nadzieję. Już kiedy przed drugim odcinkiem pojawiły się krótkie fragmenty utworów, eurowizjomaniacy nie kryli rozczarowania. Wszystkie piosenki zalatywały przeciętnością. Najbardziej zawiodła posiadaczka anielskiego głosu – Astrid. Największą nadzieję fani zaczęli przejawiać względem sympatycznego, aczkolwiek nieco niepewnie wyglądającego Toma. Jednak to nie on w ostateczności trafi na ESC. Choć niewiele do tego mu zabrakło. Jak się okazało – zarówno Belgowie, jak i międzynarodowe jury oszaleli na punkcie Laury i jej sympatycznej piosenki What’s the pressure. Może nie jest to nie wiadomo jak oryginalna kompozycja, ani nie wzbija się na wyżyny artyzmu, jednak przyjemnie się jej słucha oraz idealnie nadaje się na potańcówki o temacie eurowizyjnym.

Drugi oraz trzeci odcinek wyglądały bardzo podobnie, w obu wykonawcy śpiewali swoje utwory, byli oceniani przez międzynarodowy panel doradczy oraz przeprowadzone zostało głosowanie (przy czym to w drugim odcinku miało bardziej znaczenie sondażowe) – oczywiście za każdym razem w televotingu wygrywała Laura. Nieoczekiwaną gwiazdą trzeciego odcinka stała się niejaka Amarylis, której piosenka Kick the habit w notowaniach radziła sobie najsłabiej. Co nie dobrzmi to dowygląda! W czasie występu artystki na scenie znienacka pojawiła się… olbrzymia pajęczyna! A zaraz po niej latające abażury! Fani oszaleli na punkcie niebanalnego występu, który skutecznie przysłonił braki kompozycyjne w utworze.

Belgijski Eurosong, podobnie jak większość zachodnich selekcji, przyzwoicie się ogląda – bez wpadek, wizji niczym sprzed 30 lat czy strojów modnych przed dekadą.  Jako gość pojawił się między innymi Christer Bjorkman – szwedzki guru producentów selekcyjnych show w całej Europie. Co roku pojawia się w jakimś innym kraju aby pokazać się na wizji, zapewnić widzów że ich kraj robi świetne selekcje i robić dobrą minę do złej gry. Przynajmniej w większości przypadków. Nie wierzę, że w jego głowie, przyzwyczajonej do perfekcyjnego Melfestu, nie rodzą się myśli typu ‘Boszszsz jaka amatorka!’.

bjorkman

LITWA

Kraj dla tych, którzy lubią dozę nieogarnięcia i niepewności jutra. Tradycyjnie już nikt, nawet sami Litwini, nie wie, jaki obrót przybiorą selekcje w przeciągu dwóch kolejnych tygodni – przy czym selekcje trwać mają prawie dwa miesiące. Nikt tak naprawdę nie wie kiedy odbędzie się finał. Nikt nie wie ile z ubiegłorocznego formatu zachowane zostanie w tegorocznym. Zamęt okropny – lecz nie pozbawiony swoistego uroku.

Nie wszystko jednak w tej Litwie takie pokręcone jak ją malują. Minione dwa odcinki przebiegły bardzo sprawnie. Względem ubiegłego roku bardzo cieszy zmiana prowadzących– brak już dziadziusia i pani, która za nadto lubiła gwiazdorzyć. Scena również wygląda lepiej niż w poprzednich edycjach. Za to skład jurorski niezbyt wiele się zmienił. Głosy z zagranicy też ciągle podawane są przez Skype’a.

W tym roku podniósł się także poziom muzyczny litewskich piosenek. W każdym z minionych odcinków wyhaczyć można było przynajmniej trzy prawdziwe perełki. Jednak zwycięzcy poszczególnych odcinków selekcji budzą mieszane uczucia. Ja osobiście nie lubię ani piosenki byłej eurowizyjnej gwiazdy, Donny’ego Montella, ani tej śpiewanej przez selekcyjną weterankę, Rutę. Niektórzy złośliwcy porównują jej piosenkę, United, do rosyjskiego Million Voices.

IZRAEL

The Next Star cały czas jest w etapie castingów – niezmiennie od siedmiu tygodni. Całe show spokojnie potrwać może nawet do marca. Nie jest jednak zła wiadomość – izraelski talentshow ogląda się dobrze. Takiej różnorodności muzycznej ze świecą szukać w innych selekcyjnych zakątkach. Niestety kilka nowych rzeczy należy nadmienić na minus:

  • nie można oglądać show na żywo bez uiszczenia opłaty
  • powtórek występów nie można obejrzeć bez przerywników z hebrajskimi reklamami
  • przesyt Eurowizji nad pozostałą treścią

Czy ostatnia wada jest wadą? Tak! Co za dużo to niezdrowo, jak mawia mądre polskie przysłowie. Do bólu każdy uczestnik selekcji pozuje na eurowizyjnym tle (często są to nasze Słowianki), wymachuje papierowym trofeum, flagami i, niestety, robi z siebie, brzydka mówiąc, wariata. Prowadzący do znudzenia zapewniają uczestników że nadają się na Eurowizję itd… Uwierzcie mi w mało których selekcjach tak często mówi się o ESC! Tak, można w tym przesadzić.  Zaobserwować mogliśmy również wzrost ilości drag queens i eurowizjomaniaków wśród uczestników castingów…

Ciągle jednak polecam Izrael dla tych, których nudzą typowe selekcje – czasem przydaje się powiem egzotyki. Od hebrajskich brzmień, przez divy włosko-, hiszpańsko- i francuskojęzyczne, gotycki metal, reggae, piosenki o tematyce LGBT, eurowizyjne hity, pop, po porządną alternatywę. Ciekawą rzeczą jest to, że wiele uczestników zamiast śpiewać covery, decyduje się na własne kompozycje.

Co ciekawego w innych krajach słychać?

Poznaliśmy skład selekcji niemieckich i austriackich, swoje utwory opublikowano w Danii TUTAJ, Węgrzech TUTAJ (wreszcie cała stawka),  Islandii TUTAJ oraz Finlandii TUTAJ (uszeregowany wraz z wzrastającą wartością muzyczną – zdaniem autorki). Usłyszeć mogliśmy fragmenty piosenek hiszpańskich oraz norweskich (pierwszy kraj nie rozczarował, drugi już niestety tak). Ogłoszono reprezentantów San Marino i Irlandii – na Eurowizji w Sztokholmie zaśpiewają Serhat oraz Nick Byrne. Pierwszy nie jest poważany przez fanów za pochodzenie tureckie oraz brak powiązań z krajem który reprezentuje. Drugi znany jest z członkostwa w zespole Westlife. Irlandia zaprezentowała nam również swoją piosenkę – Sunlight. Sympatyczny to i nieskomplikowany utwów.

https://www.youtube.com/watch?v=N5Pbnb7Y6AU

W tym tygodniu czekają nas kolejne dwa finały narodowe – na Białorusi oraz Malcie. Czekacie na nie z utęsknieniem, czy może kompletnie Was nie ruszają?

Wasza HoSanna

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułCzy Serbia wyśle The Frajle?
Następny artykułBez Mikołaja Dobrowolskiego na Eurowizji 2016
Aleksandra Wąsek
Urodzona w roku debiutu i największego sukcesu Polski na Eurowizji. Konkurs ogląda nieprzerwanie od 2003 roku, prawdziwą psychofanką stała się pięć lat później. Eurowizyjne utwory które najbardziej ceni to te nieszablonowe, choć ma też słabość do tradycyjnych bałkańskich brzmień. Jej ulubioną konkursową piosenką od lat jest 'My Star' grupy Brainstorm, a w pracy redaktorskiej patronuje jej... Sanna Nielsen. Członek eurowizja.org od 2014 roku, znana jest głównie z selekcyjnych felietonów.

1 KOMENTARZ

  1. Nie przepadam za maratonami eurowizyjnymi, wolę finały narodowe niż 10-odcinkowe preselekcje. Jeśli już jakieś oglądam, to raczej te robione przez Skandynawów. Guru w tej materii pozostaje Szwecja, która robi kilkuodcinkowe selekcje, a mimo to nie zawiewa nudą…