Odcinek 1 – Here I Am, czyli pierwsze wrażenia z Globen!

Z przygodami, ale jestem! HoSanna dotarła do centrum prasowego! Bez zbędnego przeciągania – jak eurowizyjnie prezentuje się stolica Szwecji i tegoroczne królestwo eurowizjomaniaków? Sztokholm, pomijając drogę prowadzącą z Centrum do Globen, nie jest zbytnio tematycznie przystrojony. Za to na wspomnianej ulicy dekoracji jest wyjątkowo dużo.

Piesza trasa do Globen prowadzi przez grający most (Wasza Redaktorka przechadzała się w rytm serhatowego I Didn’t Know). Pułapką czyhającą na dziennikarzy schodzących na płytę lodowiska, pełniącą rolę centrum prasowego, są dość wysokie schody, z których łatwiej spaść niż zejść.  Samo miejsce pracy dla prasy jest jednak bardzo przytulne: ciut mniejsze niż to wiedeńskie, jednak wciąż przestronne. Ciemne barwy z akcentami różu i błękitu wyglądają niesamowicie stylowo!

Pierwszą próbą, jaką miała przyjemność zobaczyć Wasza Redaktorka, była ta włoska. Francesca Michielin przywitała nas dobrą komedią: kaczki, mewy, papugi, jabłka, cytryny… Pośmiać się można, ale włoski występ jest, niestety, tym z serii pt. „Wielka Piątka udowadnia jak bardzo nie zasługuje na automatyczny finał”.  Za to Wielka Brytania jest bardzo ogarnięta jak na Brytanię – siary w tym roku nie robią.

Z kilku prób drugiego półfinału: Justs – genialny głos, genialna piosenka! Występ może nie aż tak dobry, jak w selekcjach, ale ciągle poprawny. Rykka, Rysia, Ryszarda, jak zwykle cudownie nieogarnięta, a jej ruchy sceniczne złośliwie przyrównuje się do zeszłorocznej fińskiej prezentacji… Jednak Rysiunia wreszcie dobrze brzmi! Hovi świeci na wszelkie możliwe sposoby. Ivan zaś przekombinował, jak to tylko możliwe, a hologramy podczas jego występu przedstawiają wszystko i nic. Ktoś kto zainwestował pieniądze w tak zaawansowany, a jednocześnie tak zły występ, popełnił błąd życia. Za to ktoś, kto odpowiada ze występ Serbii, jest geniuszem. Świetnie wykorzystane światła zamykające przestrzeń sceny, świetne wokale, świetna choreografia, świetne kreacje, świetne wizualizacje… Tak, tam wszystko jest świetne! Drugi rok z rzędu właśnie ten kraj mocno zyskuje na eurowizyjnym występie. Nicky z Irlandii ma wieczny problem z wokalem. Biedny.

Scena zachowana jest w minimalistycznym klimacie Melodifestivalen. Jest bardzo ciemna, co może być zarówno plusem, jak i minusem. Jest dużo lepsza niż ta dziwaczna, poprzednia szwedzka z Malmo. Jak na razie, miałam okazję zaobserwować zbyt mało prób, aby dokładnie ocenić jej możliwości techniczne. Do tej pory najlepsze wrażenie robią słupy świetlne.

Niestety, Szwedzi, chcąc oszczędzić na czym się da, przycięli w tym roku koszty m.in. na dziennikarzach. Już przeżyjemy, że start-packi nie są aż tak wypasione jak w Wiedniu, ale mogli by się postarać żeby nie było przerw w dostawach dźwięku z prób!

W tym roku w głównym pomieszczeniu centrum prasowego można obejrzeć jednocześnie próby, jak i konferencje: ma to swoje plusy i minusy. Chwali się, że można obejrzeć wszystko, problem pojawia się jednak wtedy, kiedy głosy się na siebie nakładają. Dziś na przykład Justs na konferencji zagłuszył śpiewającego Hoviego, a Ivan – Nicky’ego.

Niestety, scena jest dość oddalona od centrum prasowego, co powoduje problem ze sprawnym przemieszczaniem się między lokalizacjami. Stąd dziś brak relacji z hali Globen.

Przykład tego, jak wyglądają konferencje prasowe, zaprezentowany będzie na przykładzie Sanji, uznawanej za jedną z najsympatyczniejszych uczestniczek tegorocznego konkursu. Swoją drogą, takich w tegorocznej Eurowizji nie brakuje: mamy przecież Kaliopi, Hoviego, Sandhję, Ivetę, Serhata… i wielu innych. Sanja emanuje pozytywną energią (świadkowie wczorajszej bałkańskiej imprezy potwierdzają to stwierdzeniem, że dziewczyna opanowała wszystko). Na konferencję przyszła w rewelacyjnej białej kreacji: niemalże tak dobrej, jak jej czarna sceniczna. Niestety, przyjemna konferencja, przez pytanie o symbole albańskie w serbskim występie, straciła trochę na luźnej atmosferze. Drugie spotkania prasowe z wykonawcami są bardziej formalne: mówi się głównie o ogólnikach, takich jak chociażby przesłanie utworu. Na szczęście jednak Sanja znów zaprezentowała swoją umiejętność śpiewania po arabsku.

Krótka obserwacja prób pozwala stwierdzić, że w tym roku istniej duży „efekt Månsa”, albo inaczej: „wtórny efekt Lordi”. Artyści w swoich występach robią takie cuda, że doznać można zawrotu głowy. Pamiętajmy jednak, że w 2007, pomimo wyczyniania wszystkiego co możliwe, aby dorównać poprzedniej wygranej piosence, w końcu wygrała po prostu skromna i piękna prezentacja. Czy będzie tak również w tym roku?

Centrum prasowe jest jeszcze bardzo spokojne. Jeszcze! Im bliżej finału, tym będzie tu głośniej. Atmosferę ciężkiej pracy coraz bardziej zastępować będą gorące eurowizyjne emocje. Pierwszy półfinał już za trzy dni! Aaaaaa! Say Yay!