Ruszamy z kolejnym blogiem, tym razem poświęconym eurowizyjnym przygodom sześciu krajów, które w bólach i wojnie pojawiły się na mapie Europy na początku lat dziewięćdziesiątych. Bliskie, a jednocześnie dalekie, swojskie lecz egzotyczne, cenione i hejtowane zarazem. Kraje byłej Jugosławii, ich bałkańska muzyka, słowiańskie języki (brzmiące podobnie, ale dumnie traktowane jako czynnik wyróżniający każdy  z narodów) i krytykowana przyjaźń punktowa, to już nieodłączna część Eurowizji. Jeśli jesteście fanami chociażby słoweńskiego folku alpejskiego, chorwackich kapel ulicznych, macedońskiego r’n’b, bośniackich i serbskich ballad etnicznych czy czarnogórskiego pop-rocka lub chcecie poznać bliżej to, co w tych narodach najwspanialsze, zapraszam do lektury i komentowania!

Ponieważ już za 2 tygodnie wybieram się na tygodniowy urlop do stolicy Macedonii, pierwszy wpis będzie właśnie na temat tego kraju, zwłaszcza, że w poniedziałek nadawca MRT potwierdził udział w Eurowizji 2017, chociaż nie wiemy jeszcze, według jakich zasad wybrany zostanie reprezentant. Ostatni raz Macedonia znalazła się w finale w 2012 roku za sprawą Kaliopi i Crno i belo. Później przez cztery lata grzała półfinałową ławę, a najczęściej nawet nie była blisko awansu. Sprawdźmy, jakie błędy popełniono i dlaczego wielu fanów uważa, że Macedończycy uparcie marnowali swoje eurowizyjne szanse na sukces.

Wysłanie na Eurowizję w szwedzkim Malmo Esmy Redzepovej, divy bałkańskich cyganów miało być strzałem w dziesiątce, bo przecież  w tym mieście żyje mnóstwo Macedończyków, którzy regularnie korzystają z oferty fioletowej linii lotniczej regularnie wywożącej mieszkańców Bałkanów do zamożnej Skandynawii. Urodzona w 1943 legenda muzyki i śpiewu miała być jedną z głównych gwiazd Eurowizji 2013, ale żeby było ciekawiej, postanowiono dorzucić jej do pary młodego wokalistę Vlatka Lozanovskiego, który popularność zdobył prostymi popowymi piosenkami i wokalem w brzmieniu zbliżonym do zmarłej świętości macedońskiego popu – Tose Proeskiego. Młodość i doświadczenie, muzyka popowa z folkową, ona reprezentuje generację babć, a on byłby dla każdej babci idealnym wnukiem. Mogło się udać. Problemy zaczęły się później.

Utwór Imperija do którego powstał, propagandowy zdaniem niektórych histerycznych Greków, teledysk spotkał się z dość pozytywnym odzewem fanów Eurowizji za granicą, ale jednocześnie z druzgocącą krytyką lokalnej społeczności. Uznano, że utwór jest za prosty, ma głupi tekst i zupełnie nie oddaje klimatu muzyki, z której Esma jest znana. Nadawca MRT, który wybrał Esmę i Lozano za zamkniętymi drzwiami, musiał się pogodzić z myślą, że piosenkę trzeba będzie zmienić. Nowa kompozycja, przygotowana niemalże na kolanie parę dni przed terminem, została przez Macedończyków uznana za „lepszą”, ale momentalnie spadła w notowaniach bukmacherskich i rankingach fanowskich. Pred da se razdeni było połączeniem muzyki nowoczesnej i etnicznej, ale w tak karkołomny sposób, że bardzo szybko zaczęto zwiastować katastrofę. Piosenki złożone z dwóch lub więcej różnych części rzadko zdobywają poklask miłośników konkursu.

Trudną sytuację Macedonii pogorszyła jeszcze sama Esma, która skompromitowała się podczas Eurovision in Concert w Amsterdamie. Duet miał tam promować utwór, z tego co pamiętam zaśpiewano wtedy angielską wersję If I could change the world, niestety wszyscy zapamiętają tylko bezskuteczne próby trafienia w jakikolwiek dźwięk oraz jęczącą starszą panią z wnukiem, którego marzeniem było uciec jak najdalej za granicę Holandii i Europy. Podobna sytuacja miała miejsce już na samych próbach do Eurowizji w Malmo. Esma była tak niepewna wokalnie, że każda próba była zupełnie inna, a komentarze fanów wykluczały się nawzajem. Nie pomogło dołączenie mocnego chórku i wystawienie Vlatka na pierwszy plan. Wielu twierdzi, że to właśnie legenda muzyki cygańskiej zaprzepaściła szanse Macedonii na sukces. O atmosferze za kulisami, problemach z językiem utworu czy chaosie jaki panował wśród członków delegacji nie będę już wspominał bo nie kopie się leżącego. Efekt był taki, że Esma i Lozano zdobyli 28 punktów i 16. Miejsce, czyli przedostatnie w grupie półfinałowej. Na pocieszenie trzeba przypomnieć, że wtedy wszystkie kraje b. Jugosławii okazały się zupełnie beznadziejne i ten region w całości został wyeliminowany przed finałem. Esma pozostała Esmą, dumną piosenkarką i wspaniałym humanistą, a Lozano pomimo porażki nadal nagrywa, chociaż jego utwory są wszystkie niemal takie same (o teledyskach już nie wspomnę). Na koniec tego wątku jedynie wspomnę, że Vlatko nagrał angielskie Pred da se razdeni też samodzielnie. Czy śpiewając bez Esmy poradziłby sobie lepiej?

Wystawienie Tijany Dapčević w 2014 roku argumentowano tym, że jest to wokalistka popularna, wszechstronna, bardzo ceniona i otwarta na tego typu przygody. Powiązania rodzinne z Tamarą Todevską, która reprezentowała Macedonię w 2008 roku były tylko na plus. Czy Tijana faktycznie nadawała się na Eurowizję? Jej muzykę ciężko było i jest sklasyfikować, ociera się o pop, elementy r’n’b czy nawet folku, ale wciąż jest daleko za trendami muzyki zachodniej, a ponoć w takim klimacie miał być jej eurowizyjny utwór To The Sky. Z marszu postanowiono, że utwór zostanie wykonany po angielsku, bo ma trafić do całej Europy, a nie tylko regionu. To akurat dobra decyzja, bo sam uważam, że piosenki b. Jugosławii które nie są przesiąknięte muzyką etniczną czy płaczem za utraconym Kosowem powinny być śpiewane po angielsku, bo inaczej nikt ich nie zrozumie. Duży błąd zrobiła Serbia w 2013, kiedy zaprezentowała Europie trzyosobowy teatrzyk o nazwie Moje 3, śpiewający piosenkę o zakochanej pannicy, która nie wie czy ma słuchać kuszenia diabła czy może rozważnego aniołka. Była choreografia, odpowiednie miny i gesty, ale zabrakło treści…lub słowników serbsko-angielskich na widowni i przed telewizorami. Dla ciekawskich, prezentujemy angielską wersję hitu Ljubav je svuda.

Wracając do Tijany, hucznie zapowiadany hit okazał się zwykłym, typowo bałkańskim popem, bez polotu i dobrej aranżacji oraz produkcji. Niestety, po piosenkach z Macedonii bardzo często słychać braki w doświadczeniu, niechęć lub nieumiejętność korzystania z zachodnich wzorców i fatalną produkcję, przez co wiele piosenek (nawet zaśpiewanych dobrym wokalem) brzmi po prostu biednie i słabo. W przypadku Tijany można się też uczepić dość nudnego występu scenicznego w Kopenhadze i nieudanej stylizacji. Nie było tu co ratować – 33 punkty i 13. miejsce to za daleko, by marzyć o finale.

Po klęskach w wykonaniu wewnętrznie wybranych reprezentantów telewizja MRT postanowiła wrócić do wyboru powszechnego i preselekcji narodowych w ramach „Skopje Fest”. Chociaż stawka konkursowa była efektowna i każdy się starał to i tak wiadomo było, że wygra Daniel Kajmakoski, objawienie (i zwycięzca) pierwszej edycji X Factor Adria, którego sztab fanek mógłby się spokojnie równać grupie wspierającej Michała Szpaka podczas polskich preselekcji i później, wszędzie… Nie można jednak powiedzieć, że Daniel wygrał niezasłużenie, bo jego utwór Lisja esenski był dobrą kompozycją, zresztą podkreślano, że napisali ją Szwedzi, co dawało nadzieję, że Macedonia wyśle na Eurowizję coś świeżego (w porównaniu do poprzednich swoich propozycji). O wokal nie trzeba się było bać, bo przecież Daniel wygrał talent-show, więc śpiewać umie.

https://www.youtube.com/watch?v=HlVbOcBABfM

Niestety, przekombinowano ze zmianami w utworze. Odrzucono macedoński, wrzucono język angielski, ale znacznie przerobiono rytm piosenki, spowalniając ją i sprawiając, że stała się chyba zbyt nostalgiczna na tego typu konkurs. Fani złapali się jednak za głowę dopiero wtedy, gdy okazało się, że Danielowi na scenie będzie towarzyszyć amerykańska grupa Blackstreet, która zupełnie tam nie pasowała. Mark, Eric i Jeremy mieli co prawda pełnić rolę lekko kiwającego się chórku i być generalnie tłem dla Daniela, ale jak tu być tłem, gdy delegacja macedońska zafundowała Danielowi efektowne wizualizacje z … antycznymi ruinami, które pasowały do występu jak gotowane ziemniaki do pljeskavicy? Skończył się więc tragicznie – 28 punktów i 15. Miejsce.

Na szczęście talent Daniela się nie zmarnował, wokalista nadal nagrywa, niedawno wygrał preselekcje OGAE Macedonia do OGAE Song Contest, a w Serbii zdobył 1. Miejsce w jednej z edycji show Twoja Twarz Brzmi Znajomo w finale śpiewając zresztą eurowizyjne Heroes z Wiednia.

Dotarliśmy do 2016 roku i powrotu Kaliopi, która uznała, że dość już porażek, pora wrócić do finału i pokazać młodym wokalistom jak to się robi. Fani muzyki macedońskiej wpadli w euforię, spodziewano się wspaniałej piosenki i jednocześnie okazji do powtórki ze słynnego „epic screamu”. Team twórców został ten sam, więc czekaliśmy na „Crno i belo 2”, a dostaliśmy utwór sprzed 100 lat, żartobliwie uznanym za modlitwę do Matki Boskiej. I chociaż Kaliopi robiła wszystko co mogła (czyt. była sobą), a w Centrum Prasowym rozdawała donaty (czyt. mam dystans do siebie) i jadła wenezuelskie chipsy (czyt. fani są jak rodzina, więc żaden mnie przecież nie otruje), jednocześnie będąc dla wszystkich „matką”, to jednak sympatia do wokalistki nie przełożyła się na poparcie dla jej utworu. Dużym minusem był też zły strój sceniczny, dodający piosence kolejnych 50 lat oraz niepotrzebne popisy wokalne na końcu utworu. Wiecznie uśmiechnięta wokalistka zakończyła rywalizację na 11. Miejscu w półfinale, a gdyby do finału weszła (ale wtedy odpadła by Serbka Sanja) to pewnie poradziłaby sobie świetnie, zbierając wszystkie „dwunastki”  regionu.

Pomysły Macedończyków są najczęściej dobre, ale brakuje im warsztatu lub odpowiedniej pomocy przy perfekcyjnym przekazaniu swoich koncepcji Europie. Będąc w Macedonii na pewno spytam się swoich znajomych, fanów Eurowizji z OGAE Macedonia, kogo i dlaczego widzieliby na Eurowizji w 2017 roku, ale oceniając utwory z preselekcji do OGAE Song Contest jestem raczej negatywnie nastawiony, bo ta muzyka zdaje się stać w miejscu (jeśli o pop chodzi). Ballady czy szybkie piosenki giną w natłoku innych, podobnych propozycji i wśród 20 utworów ciężko było wybrać coś, co faktycznie mogłoby się spodobać fanom Eurowizji z innych oddziałów. Ostatecznie wygrał utwór  Daniela Kajmakoskiego, ale to raczej była akcja „znane nazwisko – większe szanse”.

Może ciekawym rozwiązaniem byłoby zaskoczenie jakimiś nowymi brzmieniami? A może warto wykorzystać ten najbardziej sprawdzony bałkański przepis eurowizyjny i wystawić piękną wokalistkę / eleganckiego piosenkarza z balladą etniczną (koniecznie z muzykami grającymi na fruli) na temat np. tęsknoty za Skopje sprzed boomu inwestycyjnego, który zamienił miasto w cyrk albo o legendzie związanej z potworem z „Och-ness”, który ponoć topi statki wycieczkowe pływające po jeziorze Ochrydzkim. Pomysłów jest sporo, chęci jak widać są, więc musimy mocno trzymać kciuki za Macedonię, bo przecież tak miło jest słyszeć, jak prowadzący czy punktowi prezenterzy łamią sobie język nad rozwinięciem skrótu „F.Y.R. Macedonia”!

P.S. A etnicznych ballad w Macedonii nie brak!

fot. EBU/MRT