Anna Cyzon

Anna Cyzon dała się poznać fanom Eurowizji jako charyzmatyczna wokalistka podczas finału Krajowych Eliminacji do Konkursu Piosenki Eurowizji w 2010 roku. Z utworem „Love Me” zajęła 2. miejsce, przegrywając jedynie z Marcinem Mrozińskim. W przyszłym roku artystka ponownie będzie chciała zawalczyć o reprezentowanie Polski w największym muzycznym wydarzeniu roku. W rozmowie z Eurowizja.org zdradziła szczegóły swoich planów, a także opowiedziała o wspomnieniach sprzed 6 lat oraz o początkach swojej kariery. Zapraszamy na wywiad z Anną Cyzon!

Sergiusz Królak: Jesteś pierwszą artystką, która wyraziła chęć udziału w krajowych eliminacjach do przyszłorocznej Eurowizji. O reprezentowanie Polski będziesz walczyła z utworem „Not Completely Yours”, który zaprezentowałaś jakiś czas temu w sieci.

Anna Cyzon: Jeszcze nie wiem na 100%, ale chyba tak! Wszystko stało się przez przypadek. W polskiej wersji jest to utwór „Nigdy nie będę Twoja”, który znalazł się na płycie „Burz i buduj” mojego zespołu D/Vision w Toronto. Zaczęliśmy współpracę nad płytą w 2014 roku, album skończylismy rok później. Jak pisałam tę piosenkę, to nie myślałam, że będę ją zgłaszać na Eurowizję. Zresztą nigdy nie piszę piosenki z myślą o konkursach. Stwierdziłam jednak, że może warto spróbować z kawałkiem „Nigdy nie będę Twoja”.

To dość smutny kawałek…

Tak, bo jest bardzo smutna, trochę trudna. Jest w niej wiele moich emocji oraz historii osobistej o nieudanych związkach. Ale nie wspominajmy ich… *śmiech* Każdy się zakochuje, a potem przychodzi ten moment, że czuje, że to nie jest to i musi się rozstać z drugą osobą. Słowa do tego utworu wykluły się właśnie z tych historii. Po tym, jak nagrałam tę piosenkę, ludzie zaczęli do mnie pisać, żebym z tą piosenką spróbowała swoich sił na Eurowizji. Angielską wersję językową wstawiłam na YouTube jako swoją propozycję eurowizyjną. Zobaczymy, czy się uda.

Bardzo na to liczę, bo utwór jest naprawdę mocny i emocjonalny. Czy to jedyny utwór, o jakim myślisz w kontekście Eurowizji?

Nie myślałam o tym. Ale mam dwie wersje językowe piosenki „Zapalasz mnie”/”Set Me on Fire”. Niedługo ukaże się teledysk do tego utworu, który zaczęliśmy nagrywać w Nowym Jorku i skończyliśmy w Ekwadorze. Tam nagraliśmy też klip do piosenki „Wanna Be”.

Masz już za sobą udział w krajowych eliminacjach w 2010 roku. To było niedługo po Twoim przylocie do Polski.

Tak, zachęcił mnie do tego tata. Stwierdził, że skoro mam polskie obywatelstwo, to może warto spróbować? Jak wróciłam z Toronto, to zgłosiłam się do eliminacji z utworem „Love Me”. Udało mi się zajął 2. miejsce, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.

Jak wspominasz sam występ w eliminacjach?

Była to dla mnie ogromna trauma. Przyjechał ze mną muzyk, który miał problem z alkoholem i wszystkim innym, ale dawałam mu szansę i wierzyłam, że mnie nie zawiedzie. Dzień przed finałem bardzo mocno się upił. W dniu koncertu cała moja rodzina i kuzyni doprowadzali go do stanu jakiejkolwiek używalności. Doszedł do siebie i wystąpił ze mną na scenie, grał na basie. Ale było to dla mnie bardzo przykre, bo ufałam mu i wierzyłam, że będzie dobrze. Zawiódł nie tylko mnie, ale i pozostałych muzyków. Ostatecznie zakończyliśmy współpracę, choć chciałam mu pomóc, bo go kochałam. Niestety, to była jego walka, nie moja. Dzisiaj nie mamy już ze sobą kontaktu, wiem tylko ze mieszka w Stanach i ma rodzinę.

Jak właściwie zaczęła się Twoja przygoda z muzyką? W sieci można przeczytać, że „pochodzisz z rodziny o tradycjach muzycznych”. O co właściwie chodzi?

Zacznijmy od góralskiej rodziny ze strony taty. Moja kuzynka Dorota Marejczyk ma czwórkę dzieci, z którymi śpiewa i prowadzi zespół Majeranki. Jej mąż Pietrek gra na skrzypcach i innych tradycyjnych góralskich instrumentów, a także śpiewa. Cała rodzina taty żyje Goralskim folklorem. Mój tata Jerzy był dyrektorem dwóch zespołów góralskich: najpierw grupy Skalni w Polsce oraz zespołu Mali Harnasie w Toronto. Tata był bardzo zaangażowany w muzykę jako nastolatek, potem wyjechał na studia w Krakowie, gdzie poznał moją mamę Halinę. Wciągnął ją w ten cały folklor, jeździli z zespołem po całej Polsce. Ja wtedy zostawałam w domu z babcią, nie rozumiałam, dlaczego ciągle podróżują. Czasami zabierali mnie ze sobą, dzięki czemu byłam np. w Holandii.

Przyzwyczajałaś się do zagranicznych podróży, a przy okazji do muzyki.

Tak, zwłaszcza, że często zabierali mnie na próby wokalne, więc się osłuchałam. Ale wracając do historii rodzinnych, to teraz pora na mamę. *śmiech* Jej ojciec, czyli mój dziadek Bolek, był bardzo klasycznie wytrenowany: dziadek grał na skrzypcach w Filharmonii Krakowskiej i koncertował po Europie. Starsza siostra mojej mamy Barbara, już jako 6-letnia dziewczynka potrafiła zagrać kompozycje Fryderyka Chopina czy Ludwika van Beethovena. Miała ogromny talent, ale nie zajęła się tym profesjonalnie. Do dzisiaj jednak pięknie gra, a my się wtedy wzruszamy.

Nie myślałaś o tym, by jakoś zachęcić jej do zrobienia kariery? Może nie jest jeszcze za późno?

To dobry pomysł, nie jest to wykluczone. Ale jest już starsza, bo jest po 60-tce. W tym wieku ludzie traktują już grę jako pasję, bo jest trudne. Ale wszystko jest możliwe, więc czemu nie? Jak będzie miała chęci, to może coś z tym zrobi?

Pamiętasz, kiedy Ty miałaś pierwsze chęci, by zrobić karierę na scenie?

Takie pierwsze wspomnienia to właśnie próby zespołu rodziców, które obserwowałam jako mała dziewczynka. Od dzieciństwa byłam zarażona muzyką i śpiewaniem. Pierwszy raz pasję do śpiewania poczułam po wyjeździe do Toronto, miałam wtedy 6 lat. Z racji tego, że nie znałam angielskiego, chodziłam na zajęcia w ramach programu ESL, czyli English as a Second Language. Jako dziecko często jeździłam z rodzicami na dłuższe dystanse, w samochodzie wtedy zawsze leciało radio. Śpiewałam wtedy piosenki Mariah Carey czy Michaela Jacksona. Rodzice zaczęli dostrzegać, że nie tylko całkiem dobrze pamiętam słowa piosenki, ale też naprawdę nieźle trafiam w dźwięki. Pewnego dnia tata znalazł na śmietniku w swoim biurze kolumnę do karaoke, którą mi wręczył. Miałam wtedy może jakieś 10-11 lat.

Rodzice zapisali Cię do szkoły muzycznej?

Tak, przez dwa lata chodziłam do Canadian Academy of Vocal Music, gdzie śpiewu uczył mnie Ian Garrett, który wcześniej zajmował się Shanią Twain, zanim ta stała się sławna. Jego zajęcia były bardzo klasyczne, pełne techniki śpiewania. Ale jednak nic mnie tak nie nauczyło śpiewu, co występy na scenie. Pamiętam, że występowałam na polonijnych festynach w Toronto. To właśnie wtedy, w wieku 11-12 lat, po raz pierwszy stanęłam na scenie. Zaśpiewałam wtedy „Hero” Mariah Carey, to była moja ulubiona piosenka dla śpiewania.

Potem pojawiła się Britney Spears…

Tak, kilka lat później tata przywiózł gazetę z ogłoszeniem, że poszukiwana jest wokalistka, która chciałaby być sobowtórem Britney Spears podczas specjalnych koncertów „Tribute to…”. Parę miesięcy później leciałam na koncert, który był organizowany w ogromnej hali. To było wspaniałe uczucie wiedząc, że ogląda cię kilka tysięcy ludzi. Jak miałam 17-18 lat, zagraliśmy koncert w Kalifornii, na który przyszedł m.in. poszukiwacz nowych talentów Mark Sterling. Ostatecznie został moim menedżerem, a ja wyjechałam do Los Angeles na 3 tygodnie, gdzie mieszkałam z nim i jego żoną w domu. Nagraliśmy kilka piosenek demo, a potem wróciłam do domu. Po roku pracy zdecydowałam się na udział w programie „Canadian Idol”, na co Mark się nie zgadzał, więc zakończyliśmy współpracę.

Żałujesz tej decyzji? W programie nie zaszłaś daleko.

Nie, ponieważ to było moje pierwsze wejście na scenę. Poza tym, ta przygoda otworzyła mi drogę na pracę w telewizji. Po „Idolu” zadzwoniła do mnie producentka z programu „eTalk” i zapytała się, czy chciałabym być „korespondentką »Idola«” i opowiadać o jego kulisach. Przyjęłam propozycję i przychodziłam na plan dwa razy w tygodniu. Po jakimś czasie zaproponowali mi pracę już w studiu, konkretne pieniądze, więc zgodziłam się. Po kilku tygodniach podpisałam pełny kontrakt.

Byłaś zadowolona?

Na początku tak, ale potem okazało się, że to wiąże się z siedzeniem w pracy 8 godzin dziennie 5 dni w tygodniu. Moje życie bardzo szybko się zmieniło. W tym samym czasie byłam na drugim roku studiów. Praca była coraz bardziej wymagająca, show-biznes nigdy nie śpi. Po pracy szłam reportersko na czerwony dywan czy na premierę, zdarzało się też, że rano przychodziłam wcześniej do pracy, bo coś tam trzeba było zrobić, a ja miałam zapał, bo byłam młoda. Taka praca przestała sprawiać mi przyjemność. Wtedy dostałam propozycję prowadzenia dwóch programów w MTV…

…którą przyjęłaś?

Tak, choć było to dość męczące. Choć miałam wyższą pensję, było jeszcze więcej obowiązków. Do tego cały czas pracowałam przy „eTalk” oraz studiowałam, a także nadal chciałam śpiewać. To było ponad moje siły, byłam wyczerpana fizycznie. Aż pewnego dnia, kiedy przyszłam do pracy, szef powiedział mi, że były cięcia budżetów i moje programy z MTV schodzą z anteny. Wtedy podjęłam decyzję, że kończę współpracę z telewizją, bo chcę wrócić do śpiewania. Od razu wróciłam do studia i zaczęłam nagrywać materiał na debiutancką płytę studyjną, na której był m.in. kawałek „Love Me”. W ciągu kolejnych miesięcy nagrywałam kolejne teledyski, a jeden z nich – do piosenki „Young Boy” – obejrzał Gene Simmons…

…który zaproponował Ci współpracę. Ty jednak powiedziałaś „nie”. Dlaczego?

Byłam bardzo podekscytowana tym, że klip mu się spodobał, poza tym Gene Simmons to kultowa postać. Ale już na samym początku współpracy zaczął mi mówić, co mu się podoba, a co nie, co powinnam zmienić w muzyce, w tekstach. Zaczęło mnie to zadziwiać, a potem doszłam do wniosku, że nie potrafiłabym być takim produktem, któremu się mówi, co ma robić. Poza tym stwierdziłam, że w sumie on nikogo nie wypromował w swojej wytwórni, którą założył w Kanadzie przez Universal Music i że to chyba zbyt duże ryzyko. Chciał mnie na 5 płyt. Powiedziałam mu, że chcę Amerykę. Po jakimś roku wyjechałam do Nowego Jorku, gdzie grałam ze swoim zespołem dla Monte Lipmana, założyciela Universal Republic Records. Wtedy Monte powiedział, że co prawda świetnie śpiewam, ale miałam niewłaściwy dla niego repertuar. On chciał, bym śpiewała coś bardziej radiowego, żebym śpiewała piosenki innych producentów. Ostatecznie nie udała się współpraca zarówno z Gene Simmonsem, jak i Monte Lipmanem. I wtedy przyszedł pomysł na Eurowizję.

Działasz na rynku już od lat, ale wciąż nie udaje Ci się wybić medialnie. To pewnie może dołować. Co robisz, jak masz chwilę zwątpienia?

Generalnie myślę wtedy, że za mało pracuję, że za mało godzin dziennie tworzę albo dążę do swoich celów. Nie jest w moim charakterze walenie do drzwi do skutku, codzienne dzwonienie z „przypominaniem się”. Teraz dopiero się tego uczę, bo może to jest właśnie droga do sukcesu? Nie wiem… Jestem też zwolennikiem takiego myślenia, że ludzi ciągnie tak, gdzie ktoś ich kocha i chce. Jest też tak biznesowo: łatwiej jest, jak ktoś do Ciebie zadzwoni i zaproponuje coś. Nawet teraz, jak to mówię, to myślę, że człowiek, który wydzwania, jest tym człowiekiem, którym nie chcę być. Ale muszę taka być, jak nie drzwiami, to oknem.

Obecnie coraz częściej koncertujesz w Polsce, gdzie media rozpisują się o Twojej znajomości ze Stanem Borysem. Jak się poznaliście?

Kilka lat temu Stan Borys przyleciał do Toronto, gdzie promował swoje DVD. Poszłam na tę promocję, poznałam się ze Stanem i jego partnerką Anną Maleady. O samym Stanie słyszałam już wcześniej, bo był mężem Agaty Pilitowskiej, polsko-kanadyjskiej aktorki i mojej znajomej. Po kilku latach drogi moje i Stana znów się skrzyżowały.

Nawiązaliście współpracę artystyczną?

Tak, po występie w Sopocie na TOPtrendy 2010 Stan Borys zaproponował mi występ na jego jubileuszowym koncercie z okazji 70. Urodzin oraz 50-lecia kariery artystycznej. Przyjechałam wtedy z Toronto specjalnie na ten koncert, zaśpiewałam na nim utwór „Chmurami zatańczy sen”. Tym koncertem zaczęła się nasza współpraca.

W tym roku Stan Borys wspierał Cię za kulisami programu „Must Be the Music”. To musiało być bardzo miłe, prawda?

Tak, zaprosiłam go jako moje wsparcie. To było miłe z jego strony. Początkowo obawiałam się, że ludzie będą myśleli, że wykorzystuję go specjalnie, by się wypromować na jego plecach. Ale tak nie było, a jego wsparcie było dla mnie bardzo ważne. W tym roku to ja ponownie go wspierałam, występując na jego jubileuszu z okazji 75. urodzin oraz 55-lecia na scenie. Niedawno nagrałam demo piosenki „Strach”, do której Stan napisał bardzo interesujące słowa. Sama piosenka opowiada o dziewczynie, która jest przerażona, coś za nią chodzi, widzi różne rzeczy. To metafora samotności na świecie, i czasami mojej samotności. Jak jestem w Polsce sama, daleko od rodziny i od ukochanych. Ale taką drogę wybrałam, więc tak musi być. Będę walczyć!

Dziękuję za rozmowę i trzymam kciuki, żeby udało Ci się trafić na Eurowizję!

Fot. Oficjalny fan page Anny Cyzon na Facebooku