Joy Fleming, prywatnie: Erna Strube, urodzona 15. listopada 1944 w Rockenhausen w zachodnioniemieckim Palatynacie. Reprezentowała Niemcy na Konkursie Piosenki Eurowizji w 1975 w Sztokholmie. Próbowała swoich sił w niemieckich preselekcjach do Eurowizji w 1986, 2001 i 2002 roku.

1975 – Finał Konkursu Piosenki Eurowizji – Joy Fleming Ein Lied kann eine Brücke sein (ang. A song can be a bridge) 17. miejsce
1986 – Niemiecki Finał – Joy Fleming & Marc Berty Miteinander (ang. With each other) 4. miejsce
2001 – Niemiecki Finał – Lesley, Joy & Brigitte Power of trust 2. miejsce
2002 – Niemiecki Finał – Joy Fleming & Jambalaya
Joy to the world 2. miejsce

Joy Fleming dorastała w Mannheimie. Była do 1974 r. nie tylko jedyną niemiecką piosenkarką soulową, ale także jedyną piosenkarką i autorką tekstów, której udawały się bluesowe dźwięki w ojczystym języku. Swój Neckarbrücken Blues śpiewała na wydanym pod koniec 1972 r. singlu w dialekcie mannheimskim (…). Zanim dotarła z tą soulową balladą na niemieckie listy przebojów, Joy grała przez wiele lat – szczególnie w knajpach – z kapelą Joy & The Kids (później: Joy Unlimited). Od 1973 r. monachijski producent i wydawca Peter Kirsten starał się „wbudować” Joy w środowisko rockowe i szlagierowe. W styczniu 1975 r. Joy reprezentowała RFN na targach muzycznych w Cannes, krótko potem wystąpiła w Konkursie Piosenki Eurowizji w Sztokholmie. Ze słabym, nie pasującym do niej szlagierem Ein Lied kann eine Brücke sein wylądowała w Sztokholmie po triumfalnym występie w Cannes na trzecim od końca 17. miejscu*. Z angielskojęzycznymi piosenkami rockowymi i balladami z jej płyty Menschenskind (Ludzkie dziecko) odzyskała w końcu przychylność swoich fanów, ale niestety nie zaufanie swoich wydawców. Peter Kirsten porzucił Joy, aby móc wesprzeć karierę swojej nowej gwiazdy Gitte Haenning.

Po eurowizyjnej katastrofie spaliła na panewce próba, by przy pomocy doświadczonych amerykańskich producentów zrobić z Joy na rynku niemieckim gwiazdę disco. Dyskotekowa płyta Joy została wydana nakładem wytwórni Atlantic, nieistotnie różnie, ale jednak z dwiema różnymi okładkami: tanio i prymitywnie jako Title I Only Wanna Get Up And Dance, drogo i wymagająco jako The Final Thing. Druga piosenka z tej płyty Die letzte Sache (Ostatnia rzecz) była słusznym sygnałem. Kirsten, aby wypełnić kontrakt z Joy, musiał nagrać z nią jeszcze jedną płytę, ale nie zamierzał tracić na to zbyt dużych środków. Mimo to album Vocals And Keyboards Only stał się majstersztykiem w wykonaniu Joy i należy do najlepszych płyt wokalnych, jakie zostały nagrane w Niemczech w języku angielskim. Potem wybrzmiewały piosenki, które Joy nagrała dla szlagierowej wytwórni Jupiter, o przytłaczająco pełnych rezygnacji tytułach, np.: Bohaterowie też się starzeją. Potem był jeszcze jazz.

W latach 1990/91 Joy wraz ze swym mężem Berndem Liebenowem założyła w swoim domu w Hilsbach studio nagraniowe. Niestety jego działania na rynku rockowym w latach 90-tych nie są godne wspominania.

Uważa się ją za najlepszą niemiecką wykonawczynie bluesa, a w swojej karierze nie tylko dzięki swoim wspaniałym walorom głosowym zawsze robiła furorę. Jej występ w ESC 1975 do dziś jest przedmiotem wspólczujących dyskusji. Mimo, że według krytyków jej głosu słuchało się jak głosu Diany Ross, Joy przeżyła jedna z największych niemieckich porażek w historii konkursu, gdy została skazana przez narodowe jury na trzecie miejsce od końca. Zmiłowanie Joy do muzyki nie zostało przyćmione wydarzeniami roku 1975. Podziw dla Joy rósł w całych Niemczech, stała się jedyną niemiecką piosenkarką, która otrzymała kontrakt w amerykańskiej soulowej wytwórni Stax. Joy Fleming uważa się za jedną z najwyraźniejszych postaci niemieckiej sceny muzycznej, zdobywa poprzez swoją nieobliczalność zarówno przyjaciól jak i wrogów, jednak zawsze potrafi doskonale rozbawić. Der Spiegel (niemieckie czasopismo) określa to w ten sposób: „Poprzez swoją muzykalność, technikę śpiewu soulowego i parodystyczny talent, Joy Fleming wychodzi ponad wszelkie granice niemieckiej rozrywki”.

Wywiad z Joy Fleming zamieszczony w książce Merci chérie:

Joy Fleming – legenda Eurowizji od 1975 roku. Czy chce być Pani nadal pamiętana na tym 17. miejscu?
Sama nie wiem. Może mówiłoby się o mnie mniej, gdybym zajęła miejsce gdzieś pośrodku. Dziś Ein Lied kann eine Brücke sein jest piosenka kultową, dziś ludzie kapują, co chciałam przekazać.

Czy nigdy Pani nie cierpiała przez to słabe miejsce?
Nie, na szczęście nie. Ale jedno mnie wkurzyło. Te relacje po zakończeniu konkursu. Miałam wtedy podobno z moją turecką koleżanką, Semihą Yanki, która dla swojego kraju zajęła ostatnie 19. miejsce, i która miała naprawdę ładny głos… no więc miałam wtedy z nią po konkursie siedzieć w korytarzu i wlewać w siebie litry whiskey. Ale to było kłamstwo!!!

No ale miała przecież Pani wszelkie powody, by się upić…
Ehh…gdyby tak tylko było. Ale ja ją spotkałam przed wejściem na party kończące konkurs. Ona płakała , płakała i ciągle mówiła „przegrałam”, a ja jej powiedziałam :”dziewczyno, przestań ryczeć, życie idzie dalej”. I gdy tak później siedziałyśmy i się śmiałyśmy, zauważyłyśmy, że zgubiłyśmy nasze przepustki. Więc co nam pozostało by wyskoczyć na korytarz i napić się wody z takiego źródełka, które tam było? Woda! Żadne whiskey, jak to później napisali!

A potem podobno nie obeszła się Pani zbyt przyjemnie z dziennikarzami?
Ehhh…Trochę im pogroziłam. Taki jeden może sobie pisać, co chce, ale nie powinien kłamać. Nazwali mnie Ciężko Stąpająca Brunhilda. Ale ja przecież nigdy nie stąpałam ciężko po scenie! Ten Rainer Pietsch, ten nasz dyrygent to stąpał, owszem!

Czy była Pani w ogóle zadowolona z występu w Sztokholmie?
Tak, z pewnością. A publika też klaskała, więc musiało być dobrze. Piosenka też była dobra, cztery oktawy, żaden szlagier, bombowe nagłośnienie w hali. Holenderska piosenkarka przyszła do mnie po wszystkim i powiedziała, że do tej pory nie rozumie, dlaczego byłam tak nisko. Pomyślałam sobie: Boże, chyba jestem w złym miejscu.

Krytyka dotyczyła też Pani dziwnego zielonego stroju…
Wyglądałam jak gaj oliwny, co? I do tego jeszcze te przeraźliwe łańcuchy….

…z których mogła Pani równie dobrze zrezygnować.
Ale ja nie miałam prawa głosu! Hans-Otto Grünefeld z Hessischer Rundfunk i moja firma płytowa chcieli bym tak wyglądała. Gdy pomyślę sobie o mojej fryzurze wtedy – lok na loku sklejone jakimś lakierem – straszne!!! A potem na dodatek reżyser się nie wykazał…

Jakby Pani wtedy wyglądała, gdyby to zależało od Pani?
Włożyłabym jakieś gustowne czarne spodnie, gustowne czarne buty, włosy jak lwia grzywa, tak nawet soulowo. To by nie tylko lepiej wyglądało – to by lepiej podziałało.

Swoich fanów, znających Panią z przedsięwzięć bluesowych, przeraziła Pani eurowizyjnym występem. Dlaczego mimo to Pani zaryzykowała?
Piosenka mi się spodobała, dźwięk, cztery oktawy, wysoki ton, który musiałam złapać. To było ambitne.

Najpierw musiała Pani przejść przez preselekcje. Podjudzanie, intrygi…
Ale ja w tym nie uczestniczyłam.

Ale wielu gadało o Pani figurze…
Dawałam sobie z tym radę. Jak ona wygląda? – to było słychać… Ale potem zamilkli, jak mnie jednak wybrano!

Z czego nie wszyscy byli zadowoleni…
Tego nie wiem, zresztą dziś mi to obojętne. Tylko Jürgen Marcus, jedyny z rywali, złoty chłopak, tylko on mi dobrze życzył.

We Frankfurcie podczas preselekcji wyglądała Pani na spokojniejszą niż podczas finału w Sztokholmie.
Nie, po prostu we Frankfurcie nikt mi nie dał kopa. Ale jak przyleciałam na lotnisko w Sztokholmie, podeszło do mnie dwóch policjantów i twierdzili, że jakiś fan jednego z moich konkurentów w preselekcjach zagroził mi śmiercią. Nie wiedzieliśmy, czy traktować to poważnie, czy nie. Przecież są zwariowani fani… Przy odlocie musiałam dla bezpieczeństwa wybrać inny samolot.

Czy Pani kariera ucierpiała po sztokholmskim występie?
Nie, nagrałam potem kilka fajnych albumów. I te występy, których nie jestem w stanie zliczyć.

W 1986 roku znowu próbowała Pani sił w preselekcjach…
Śpiewałam tam z Markiem Berrym Miteinander. I gdyby flecistka nie spieprzyła sprawy….

Czy śledziła Pani Eurowizję przez lata?
Nie, były lata, gdy to nie było dla mnie nic ciekawego. Dopiero gdy pojawił się Guildo Horn, znowu mnie wzięło. Totalne show. Ci wszyscy ludzie, którzy szarpali go za włosy.

Zbliża się Pani do sześćdziesiątki. Gdyby znów zechciałaby Pani reprezentować Niemcy, byłaby Pani najstarszą uczestniczką ESC w historii. Czy to aby jednak nie czas na artystyczny niebyt?
Dlaczego? Przecież ze mną wszystko dobrze! Chcę umrzeć na scenie, kiedykolwiek. O wiele bardziej niż w jakiejś kuchni przy obieraniu ziemniaków!

Opracowanie: Tomasz Deszczyński i Krzysztof Skwarciak
Tłum. biografii z j. niemieckiego: Krzysztof Skwarciak