Głosowania są częścią rzeczywistości. Wybieramy przewodniczących samorządów szkolnych, prezydentów miast i państw, najlepsze występy w programach talent show, zwycięzcę Eurowizji. Głosujemy z poczucia obowiązku, potrzeby wyrażenia niezadowolenia/poparcia bądź dla samej zabawy – bo lubimy emocje, które wyzwala w nas rywalizacja. Ktoś potem wygrywa. Czy zawsze sprawiedliwie?

Eurowizji często zarzuca się upolitycznienie głosowania. Sąsiedzi głosują na sąsiadów, Polacy za granicą na polską piosenkę etc. Próby obalania tych tez nie przekonują nieprzekonanych. Z jednym trzeba się zgodzić – Eurowizja nie jest w pełni sprawiedliwa, bo nie ma idealnego systemu głosowania. I w tym aspekcie Eurowizja jest podobna do polityki.

W tym felietonie przypomnimy, jak na przełomie lat zmieniał się system przyznawania punktów w Konkursie Piosenki Eurowizji, by ostatecznie podjąć krytykę obowiązujących zasad. Nie zabraknie odniesień do szwedzkich eliminacji do Eurowizji. A także odniesień do polityki. I demokracji. Bo rzeczywistość wcale nie musi być taka jak myślimy.

Tak było

Podczas pierwszej Eurowizji w 1956 jury głosowało tajnie i publicznie ogłoszono tylko zwycięską piosenkę. Rok później jury z każdego kraju miało do rozdysponowania 10 punktów i mogło je rozdzielić w dowolny sposób. W skrajnych przypadkach wszystkie 10 pkt. mógł otrzymać 1 utwór bądź 10 piosenek po 1 punkcie. Zmiany w sposobie głosowania dokonano w 1962, kiedy to jury doceniało już tylko 3 najlepsze występy, przyznając im odpowiednio 3, 2 i 1 punkt. Zasadę tę często modyfikowano. W 1963 punkty otrzymywało 5 najlepszych piosenek (5, 4, 3, 2 i 1 punkt), rok później ponownie 3, ale w systemie 5-3-1 pkt. W 1965 jury belgijskie uznało jednak, że piosence brytyjskiej należy się 6 punktów (5+1) i doceniło tym samym tylko 2 utwory. W latach 1967-70 oraz 1974 zastosowano ponownie system głosowania z roku 1957.

W 1971 wprowadzono system, który obecnie jest bardzo krytykowany. Jury z poszczególnych państw składało się z 2 osób (jedna z nich nie mogła mieć więcej niż 25 lat), a każdy z sędziów oceniał wszystkie piosenki (poza reprezentującą własny kraj), przyznając im dowolnie od 1 do 5 punktów. Po zsumowaniu dawało to od 2 do 10 punktów przyznawanych każdej piosence przez poszczególne składy sędziowskie. Ten system dawał pole do manipulacji. Jury mogło umyślnie przyznawać niższe noty licząc na lepszy wynik własnego kraju. Istotnie, np. w 1971 Luksemburg rozdał łącznie 43 punkty, podczas gdy Francja przyznała ich 107. Tę zasadę punktowania utrzymano przez 3 lata.

Tak jest

Dopiero w 1975 wprowadzono jednolity i jasny system głosowania, który z niewielkimi modyfikacjami obowiązuje do dziś. Jury każdego kraju przyznaje punkty dziesięciu piosenkom: najlepsza z nich otrzymuje ich 12, kolejna 10, a utwory z miejsc od 3. do 10. odpowiednio 8, 7, …, 1 pkt. Ten sposób punktowania nazywany jest skalą eurowizyjną.

W 1997 w pięciu krajach po raz pierwszy zastosowano system audiotele zamiast głosów jury. Rok później tzw. televoting był już obowiązkowy dla większości uczestników, a rezerwowe jury głosowało jedynie w przypadku problemów technicznych występujących przy zbieraniu głosów publiczności. W 2004 audiotele zadziałało poprawnie we wszystkich uczestniczących państwach.

Oddanie głosowania w całości w ręce widzów spotkało się z krytyką – uważano, że obniżył się poziom konkursu. W półfinałach Eurowizji 2008 o awansie do finału w 10% decydowały zatem także głosy jury (widzowie wyłaniali 9 finalistów, jury 1) – ale w finale nadal tylko widzowie wybierali zwycięzcę. W 2009 jury miało już 50% wpływu na wynik finału, rok później również półfinałów. Każdy skład sędziowski przyznawał punkty w skali eurowizyjnej dziesięciu najlepszym piosenkom – analogicznie widzowie: 10 utworów z największą w danym kraju liczbą głosów otrzymywało punkty w skali eurowizyjnej. Wyniki jury i televotingu dodawano, a ostateczną najlepszą dziesiątkę nagradzano punktami w skali eurowizyjnej, podawanymi na żywo. W przypadku remisu o lepszej nocie w oficjalnym rankingu decydowała pozycja w głosowaniu audiotele.

Ta zasada nie była jednak do końca sprawiedliwa. Np. piosenka zajmująca 10. miejsce w obu rankingach (1 pkt. od jury i 1 od publiczności, razem 2 pkt.) wypadała gorzej choćby przy utworze, który jury uznawało za najgorszy, ale był 9. w rankingu widzów – łącznie otrzymywał też 2 pkt., ale ponieważ był wyżej w głosowaniu audiotele, ostatecznie plasował się na lepszej pozycji. To podejście zmieniono w 2013 i od tej pory jury musi ułożyć pełny ranking, od miejsca 1. do ostatniego. Do roku 2015 był on zestawiany z pełnym rankingiem televotingu i dopiero na podstawie najlepszej średniej z obu rankingów wyłaniano dziesiątkę, która otrzymywała punkty w skali eurowizyjnej.

Przed Eurowizją 2016 i te zasady uznano za nie do końca sprawiedliwe. Zwycięstwo w głosowaniu widzów, ale niska pozycja u jury często nie skutkowała otrzymaniem choćby 1 punktu w oficjalnym zestawieniu, czego doświadczyła m.in. Polska w 2014. Zdecydowano się więc na oddzielne przyznawanie punktów od jury i publiczności: na żywo poznajemy wyniki głosowania jury z poszczególnych państw, a zsumowane punkty wynikające z televotingu podawane są na końcu i dodawane do ogólnego wyniku.

Gdzie ta sprawiedliwość?

Temu sposobowi punktowania wciąż można wiele zarzucić. Powrót jury miał poprawić poziom Eurowizji i istotnie średnia jakość uczestniczących w niej piosenek jest wyraźnie wyższa niż choćby piosenek pojawiających się w komercyjnych stacjach radiowych. Jednak członkowie jury to też ludzie. Mogą być mniej lub bardziej podatni na sugestie innych członków jury – a podczas oceny eurowizyjnych występów nie są od siebie odseparowani. To też często muzycy, bliżej lub dalej powiązani z różnymi wytwórniami płytowymi, którym może zależeć na zwycięstwie nagrań wydawanych pod ich szyldami. Czy możemy być zatem pewni ich bezwarunkowej bezstronności?

Wadą samego systemu przyznawania punktów jest też fakt, że nie uwzględnia on rzeczywistych różnic w głosach między poszczególnymi piosenkami. W głosowaniu audiotele nie ma np. znaczenia, czy trzy najlepsze piosenki zdobędą kolejno 80%, 10% i 5% smsów, czy też 30%, 29% i 28% – otrzymają odpowiednio 12, 10 i 8 pkt., choć w pierwszym przypadku jedna z piosenek zdobyła wyraźnie większe uznanie. Podobnie członkowie jury mogą być generalnie bardzo zgodni lub zgodni tylko co do miejsca pierwszego, ale bardzo rozbieżni w przypadku pozostałych występów, ustawiając np. dwa kolejne średnio na 11. i 12. miejscu (pozostałe utwory z jeszcze niższymi średnimi) – oba rankingi zaowocują przyznaniem odpowiednio 12, 10 i 8 pkt., jak w poniższych przykładach:

Jury A1 Jury A2 Jury A3 Jury A4 Jury A5 Średnia Pkt.
1 2 3 1 2 1.8 12
3 1 2 3 1 2 10
2 3 1 2 3 2.2 8
Jury B1 Jury B2 Jury B3 Jury B4 Jury B5 Średnia Pkt.
1 1 1 1 1 1.0 12
2 25 2 24 2 11.0 10
3 26 3 25 3 12.0 8

Przeliczanie pozycji w rankingu na punkty to moment, w którym zacierają się różnice między piosenkami. A przeliczanie na punkty w skali eurowizyjnej powoduje dodatkowo, że piosenki z miejsc od 11. do ostatniego nie dostają punktów wcale. Piosenka może być całkiem niezła i zajmować w głosowaniach każdego z państw 11. miejsce, ale ostatecznie skończy rywalizację ostatnia, bez dorobku punktowego.

W Szwecji robi się inaczej

Podczas Melodifestivalen, czyli szwedzkich eliminacji do Eurowizji, piosenki są oceniane przez widzów oraz delegacje z 11 innych państw. Reprezentacje te przyznają noty siedmiu z dwunastu występów biorących udział w finale (12 punktów dla najlepszego i potem kolejno 10, 8, 6, 4, 2 oraz 1 punkt – łącznie 43 pkt.). Do sumarycznego wyniku głosowania jury dolicza się następnie punkty wynikające z głosowania widzów. Uwzględnia się tu fakt, ile łącznie punktów przyznało jury (43*11 delegacji = 473 pkt.) – taką samą łączną liczbę punktów przydzielają widzowie. W przypadku głosowania audiotele ważna jest jednak faktyczna wartość procentowa otrzymanych głosów, bo to ona przeliczana jest na punkty (10% głosów da po zaokrągleniu 47 pkt.). W ten sposób punkty od publiczności może otrzymać każdy finałowy występ – już 0,2% głosów spowoduje zdobycie 1 punktu.

Ale i system szwedzki posiada wady. Głosowanie widzów może czysto potencjalnie skończyć się miażdżącym zwycięstwem jednego utworu, który zdobędzie np. 60% wszystkich głosów, a co za tym idzie 284 pkt. Jury nie może tak bardzo docenić żadnego występu. Zdobycie nawet samych dwunastek (1. miejsce u każdej delegacji zagranicznej) to łącznie 132 pkt., czyli 27.9% wszystkich 473 punktów przyznawanych przez jury. Zgodnie z tym spostrzeżeniem wpływ widzów na wynik jest większy niż wynikający ze stosunku 50/50. Z drugiej strony, jury punktuje tylko 7 z 12 piosenek, co w skrajnym przypadku może spowodować, że 5 występów nie otrzyma żadnego punktu. Gdyby wówczas głosy widzów rozłożyły się wyjątkowo równo (np. po około 8% na piosenkę), to tym razem wpływ jury na wynik mógłby być większy niż wynikający ze stosunku 50/50. Skrajne przypadki są oczywiście mało prawdopodobne, ale należy sobie zdawać sprawę z możliwości ich wystąpienia. Można też mieć nadzieję, że skrajne przypadki będą występować rzadko lub wcale.

Problemy z liczeniem

Czy w systemach politycznych, czy różnego rodzaju konkursach, ostateczny rezultat może nie zależeć wyłącznie od prostej sumy oddanych głosów. Głosy da się różnie przeliczać i tym samym wpływać na ostateczne wyniki głosowań. Ani polityka, ani Eurowizja nie są wolne od tych mankamentów. Największe pole do nadużyć pojawia się wtedy, gdy głosujących dzielimy na grupy, np. państwa czy okręgi. Pozornie uczciwy jest podział z zapewnieniem proporcjonalności, ale jak wykażemy poniżej, i jemu daleko do doskonałości. Drobnostką wobec powyższych faktów wydaje się oczywiste stwierdzenie, że niebiorący udziału w wyborach czy niewysyłający smsów po prostu zgadzają się z wynikami – bo być może mają do nich stosunek zwyczajnie ambiwalentny.

Gdy dzielimy ludzi na grupy, zawsze jest to w pewien sposób podział sztuczny, skupiony na wybranych cechach (lub wręcz tylko jednej cesze), na podstawie których (której) określana jest np. nasza narodowość. Gdy wybieramy prezydenta państwa, najbardziej sprawiedliwym (demokratycznym) podziałem na okręgi jest brak podziału na okręgi. Można jednak znaleźć przykłady krajów demokratycznych, w których wybory zwycięża kandydat z wyraźnie mniejszą ogólną liczbą głosów – dzięki odpowiedniemu podziałowi na okręgi i wynikającemu z niego systemowi wyłaniania delegatów wybierających później prezydenta, wiele głosów wyborców jest niejako traconych. Kandydat może ponieść sromotną porażkę w kilku takich okręgach, ale minimalnie wygrać głosowanie w odpowiedniej liczbie innych – by ostatecznie zdobyć stanowisko prezydenta.

W przypadku wyborów parlamentarnych, gdy ogólna liczba kandydatów sięga kilku tysięcy, wyodrębnianie okręgów wyborczych ma znacznie głębsze uzasadnienie. Okręgi można stworzyć np. tak, by liczba mandatów uzyskiwanych w każdym z nich była proporcjonalna do liczby mieszkańców danego okręgu. Przykładem takiego rozwiązania są wybory do Sejmu RP. Ostateczny podział mandatów między poszczególne ugrupowania startujące w wyborach może już jednak nie być proporcjonalny – znane są przypadki, gdy ugrupowania zdobywające w skali całego kraju 38% wszystkich głosów, w izbie parlamentu otrzymywały 51% mandatów. Okręgi można dzielić też tak, by każdemu z nich przypadał dokładnie 1 mandat. Przykładem takiego rozwiązania są wybory do Senatu RP, przy czym przy podziale na okręgi nie zapewniono, by miały zbliżoną liczbę mieszkańców. Takiej sytuacji grozi jednak niepokojący skrajny przypadek, w którym konkretne ugrupowanie wygrywa głosowanie w znacznej większości okręgów, choć w każdym z nich zdobywa np. tylko 20% głosów. Wówczas 20% obywateli będzie reprezentowanych przez zdecydowaną większość parlamentarną, która będzie miała nieograniczony wpływ na pozostałe 80%.

Eurowizja skupia się na wszystkim tym, co mimo oczywistych różnic łączy poszczególne narodowości, podkreśla też istotę równości. Każdy uczestnik konkursu ma czuć się tak samo ważny i ma mieć równe szanse na zwycięstwo. Zastosowanie rozwiązań znanych z głosowań politycznych wydaje się nie odpowiadać tym założeniom. Brak wyodrębnionych okręgów (państw), jak podczas wyborów prezydenckich, wymagałby zsumowania głosów oddanych we wszystkich uczestniczących krajach i późniejsze ich rozdysponowanie z uwzględnieniem procentowej wartości. Jest to przedsięwzięcie uciążliwe i – przede wszystkim – niezbyt uczciwe. Znacznie poważniejszy wpływ na wyniki miałyby bowiem państwa bardziej liczne, w których może być oddanych więcej głosów. Wprowadzenie proporcjonalności, czyli uzależnienie liczby przyznawanych punktów od liczby mieszkańców danego kraju, mogłoby też spowodować poczucie, że małe kraje liczą się mniej w rozgrywce. Z drugiej strony duże państwa mogą mieć poczucie niesprawiedliwości, bo mają taki sam wpływ na rezultat konkursu, co kraje niewielkie. Ale czy nie o to chodzi w Eurowizji, byśmy ten raz w roku zapomnieli, kto jest większy, kto mniejszy, ale byśmy wszyscy czuli się jedną wspólnotą równych sobie miłośników muzyki?

Wydaje się zatem, że przyznanie poszczególnym państwom identycznego wpływu na rezultat Eurowizji, jest dobrym kompromisem. Należy jednak pamiętać o niedoskonałościach stosowanego systemu punktowania. Najwięcej wątpliwości może wzbudzać sama skala eurowizyjna. Docenia ona jedynie 10 najlepszych piosenek, pozostałe nie otrzymują punktów, bez względu na miejsce w rankingu jury bądź widzów. Przeliczenie rankingów na punkty w skali eurowizyjnej powoduje z kolei zatarcie wyraźnych różnic między utworami, przez co np. wyraźne zwycięstwo w głosowaniu nie jest promowane proporcjonalnie do wyniku – nagrodą jest po prostu 12 punktów. Tyle samo dostaje występ, którego przewaga była niewielka. I wreszcie piosenki, którym zawsze minimalnie brakuje, by dostać się do punktowanej dziesiątki – nie zdobywają punktów wcale.

System idealny…

…oczywiście nie istnieje. Można się do niego co najwyżej dowolnie zbliżać. Wydaje się, że bliski ideałowi jest system szwedzki, przynajmniej ta jego część, wg której przeliczane są głosy widzów. Jaki byłby efekt, gdyby zastosować podejście procentowego przeliczania głosów na punkty podczas Eurowizji?

Najpierw na punkty należałoby zamienić ranking jury, np. wg poniższego rozwiązania. W przypadku 26 piosenek biorących udział w finale jury przyznaje łącznie 1625 pkt.: każdy juror ma ich do rozdania 325, od 25 dla najlepszego występu i kolejno 24, 23, …, 1, 0 – najgorszy nie otrzymywałby ich wcale. W sumie najlepszy do uzyskania wynik to 125 pkt. Punkty od widzów zostałyby obliczone w oparciu o faktyczny % zdobytych głosów. 15% głosów zamieniłoby się w 244 punkty (15% z 1625). W ten sposób każdy z wykonawców prawdopodobnie otrzymałby punkty – proporcjonalnie do liczby otrzymanych głosów.

Pozostaje pytanie, czy większa sprawiedliwość w sposobie podziału punktów wpłynęłaby na przejrzystość i łatwość zrozumienia tego systemu, a co za tym idzie na jego medialną atrakcyjność? I czy ta sprawiedliwość nie jest pozorna? W głosowaniu widzów nadal jedna lub kilka piosenek mogłyby zyskać znaczną przewagę nad pozostałymi, podczas gdy z rankingu jury maksymalnie do zdobycia byłoby 125 pkt., czyli zaledwie 7,69% wszystkich 1625 pkt. Ponadto każdy kraj przyznawałby różne noty, co mogłoby przyprawić widzów o zawrót głowy. I okroić Eurowizję z emocji.

Może zatem lepiej zostać przy obecnym systemie? Nawet kosztem sprawiedliwości i pomimo jego niedoskonałości? Wszak nawet ustrojom naszych państw często do demokracji daleko, a i sama demokracja bywa krytykowana. Eurowizja pełni funkcję rozrywkową, a dla wyzwolenia pozytywnych emocji chyba warto pójść na kompromis ze sprawiedliwością. Zasady konkursu są przecież jawne i przejrzyste, a każdy uczestnik ma identyczne szanse na zwycięstwo. Przynajmniej teoretycznie. Niech najlepsza piosenka zwycięży!

Źródło: eurovision.tv, The Economist, fot: Thomas Hanses (eurovision.tv)

2 KOMENTARZE

  1. Osobiście uważam, że żeby zapobiec ”upolitycznianiu” głosowania, jury nie powinno wiedzieć która piosenka do kogo należy aż do ogłoszenia wyników. Powinni głosować ”w ciemno”. Wtedy szansę będą miały piosenki, które naprawdę są dobre i zasługują na punkty, a nie które pochodzą z ”wpływowych” państw (tj. Australia, czy Szwecja). Wiem, że to nie tak łatwo, bo przecież każdy może sobie wejść w internet i wyszukać, która piosenka do kogo należy, ale myślę, że w przyszłości powinno się pójść w tę stronę.

  2. „Sąsiedzi głosują na sąsiadów” – to jest najwieksza bzdura i eurowizyjne klamstwo.
    Ludzie glosuja po prostu na siebie, czasami glosuja na sasiadow, ale nie dlatego ze tp sasiad tylko ze to znajomy rytm, styl.
    Ludzie przede wzystkim glosuja na san´mych siebie, i najwieksze znaczenie ma emigracja/diaspora.
    Widac to bylo po wojnie w Jugoslawi. Wydawaloby sie ze Chorwacja nie powinna dawac glosow Serbii, i odwrotnie. A jednak. Kraje pojugoslowianskie glosowaly na swoioch wojennych sasiadow, bo sie tak wymieszali, ze w Serbi i tak mieszka polowa z chorawckimi jakimstam korzeniami i odwrotnie. Glosowali po prostu na soj kraj, narod, itd. a nie na ! „sasiednie” panstwo. A czasami jest nawet odwrotnie, sasiad to wiekszy „wrog” niz dalekie panstwo.
    Jesli Turcja dostawala 12p od Niemiec to nie dlatego ze Niemcy nagle pokochali Turkow.