Konkursy Piosenki Eurowizji 2005 i 2017 trafiły do Kijowa i chociaż show na przestrzeni lat przeszło wiele mniej lub bardziej drastycznych zmian, to jednak da się znaleźć pewne podobieństwa, skupiając się tylko na stawce konkursowej. Oczywiście wszystko analizujemy z przymrużeniem oka 🙂 

Inny obiekt, inna Ukraina (chociaż też z problemami), inni prowadzący (bez krzyczącej Marii), ale ten sam gościnny naród (chyba, że jesteśmy rosyjskimi wokalistkami nielegalnie przekraczającymi granicę na Krymie) chcący być jak najbliżej Europy i witający nas z otwartymi rękoma i niskimi cenami produktów, co w ostatnich latach na Eurowizji było rzadkością. A czy wierni (czyt. tacy co w 2005 roku już żyli na tym świecie) fani konkursu zauważają podobieństwa pomiędzy konkursem z 2005 a tym, który ruszy już za nieco ponad miesiąc?

Na początek te najbardziej oczywiste analogie. Powracają wykonawcy, którzy na Eurowizji w Kijowie już byli. Preselekcje narodowe w Słowenii wygrał Omar Naber, który w 2005 roku śpiewał Stop i Europa go posłuchała, stopując go w półfinale parę punktów za Polską. Teraz Słoweniec, który praktycznie nic się nie zmienił przez te lata (podobnie chyba jak jego garderoba) śpiewa, że jest On My Way. Droga do finału będzie dla niego trudna i raczej zatrzyma się jeszcze szybciej niż w Pałacu Sportu.

Estonka Laura nie ma szczęścia i, chociaż wielokrotnie startowała samodzielnie w preselekcjach, potrafi wygrać tylko w tłumie. W 2005 roku pojechała do stolicy Ukrainy z girls-bandem Suntribe i piosenką Let’s get loud, jednak ten tytuł kojarzy się nam raczej tylko z hitem Jennifer Lopez, a o wesołych Estonkach nikt już nie pamięta. Drugie podejście Laura będzie miała z Koitem Tomme – duet śpiewa utwór Verona i porównanie z międzynarodową gwiazdą muzyki też jest – tym razem z Modern Talking, bo złośliwi fani uważają, że piosenka Estonii brzmi właśnie jak stare hity Dietera Bohlena.

Ukraina co prawda nie wystawia tego samego wykonawcy (byłoby ciężko, bo Greenjolly byli niestety autorami jednego przeboju), ale po raz drugi organizuje Eurowizję i po raz drugi reprezentantem będzie zespół złożony z samych mężczyzn. W 2005 roku Greenjolly śpiewali hymn Pomarańczowej Rewolucji i zajęli beznadziejne miejsce – nawet odosobniony zachwyt w postaci polskiej dwunastki nie pomógł. Później Ukraińcy wysyłali kolejno Tinę, Verkę, Ani, Svetlanę, Alyoshę, Mikę, Gaytanę, Zlatę, Mariyę i Jamalę (w skrócie „Bardzo Piękne Kobiety i Verka”), a teraz w barwach naszych sąsiadów zaśpiewa formacja O.Torvald, która przez trzy minuty spróbuje nie wysadzić pawilonu IEC w powietrze. Coś mi się zdaje, że za rok Ukraina do kobiet wróci!

Mołdawianie w 2005 roku debiutowali i zrobili furorę starą babcią grającą na bębnie! Teraz też stawiają na element zaskoczenia i ich utwór wyróżni się, bo Hey Mamma SunStroke Project jest skoczne, wesołe i na pewno stanie się hitem Euroclubu. A Epic Sax Guy będzie miał okazję przedłużyć swoją memową karierę w Internecie o kolejnyvh parę lat! Swoją drogą, w 2005 debiutowała też Bułgaria z której przez wiele lat mogliśmy się pośmiać, a teraz wzięła się w garść i jest silnym faworytem do wygranej!

Podobieństw można doszukać się w wyborze Szwecji. Melodifestivalen 2005 wygrał Martin Stenmarck, który nie był faworytem widzów (przegrał z Nanne Gronvall), ale zwyciężyć pomogli mu jurorzy. Spotkało się to z pewnymi kontrowersjami i generalnym niezadowoleniem fanów. Teraz triumfował Robin Bengtsson, który wygrał głosowanie jurorów, ale w televotingu był jedynie trzeci. Co prawda fani Eurowizji nosem nie kręcą bo i pan ładny (chociaż zaręczony!) i występ ciekawy, ale wkurzeni są Szwedzi, bo Robin pokonał faworyta widzów przy pomocy jurorów zagranicznych, co nie wszystkim się podoba. Rezultat będzie jednak zdecydowanie lepszy niż w przypadku Las Vegas.

W finale usłyszymy Francję, która nie będzie miała ballady lecz utwór Requiem, do którego nawet da się potańczyć. Jeśli Alma nie skompromituje się wokalnie, to Francuzi mogą osiągnąć całkiem dobry rezultat. W Kijowie 2005 także postawili na coś innego niż balladę, jednak Ortal nie spełniła oczekiwań swojego narodu i ubrana w ulubiony (ostatnio) kolor pani premier Beaty Szydło zdobyła tylko 11 punktów i przedostatnie miejsce. Oby Alma była jednak lepsza wokalnie!

Po Eurowizji 2017 zobaczymy czy do listy sytuacji analogicznych dopiszemy Niemcy, które mają ogromną szansę po raz trzeci z rzędu zająć na Eurowizji ostatnie miejsce w finale – tak typuje wielu fanów. W 2005 roku Gracia Baur, która do preselekcji narodowych dostała się poprzez oszustwa swojego menadżera, mogła tylko uciekać i chować się ze wstydu bo Run & Hide miało jedynie 4 punkty i ostatnie miejsce. Czy Ukraina znów okaże się dla Niemców pechowa i nasi sąsiedzi udowodnią, że przegrywać mogą zarówno wśród swoich (Austria), na północy (Szwecja, a dawno temu też Dania) jak i na froncie wschodnim?

W Pałacu Sporu sukces odniosła reprezentacja Rumunii – Luminita Anghel i grupa Sistem grająca na byle czym. Zajęli 3. miejsce, a Rumunom zwiastowano, że prędzej czy później Eurowizja trafi do Bukaresztu. Do tej pory tak się jednak nie stało, a ten kraj raczej wypadł z formy i nawet udało mu się zostać skandalicznie zdyskwalifikowanym za nie oddawanie kasy na czas. Wracają jednak z Alexem i Ilincą, którzy wywołali mieszane odczucia wśród fanów. Rumunia jest jednak silna…ale na emigracji! Coraz częściej mówi się, że Eurowizja 2017 może być udana dla reprezentacji Szwajcarii – grupy Timebelle złożonej m.in. z rumuńskiej wokalistki Miruny. Utwór Apollo, chociaż dość prosty i mało oryginalny, radzi sobie całkiem dobrze w typowaniach fanów i może być czarnym koniem wyścigu. Tym samym Szwajcaria znów zaszłaby wysoko wykorzystując wokal którego szwajcarska ziemia nie zrodziła – w Kijowie w 2005 roku ten kraj reprezentowały przecież Estonki z Vanilla Ninja.

A wracając jeszcze do tej prawdziwej Rumunii to analogia do 2005 roku jest bardzo dobrze widoczna, gdyż do konkursu Eurowizji wraca jodłowanie! Śpiew z częstymi zmianami skokowymi rejestrami piersiowym i głowowym, dominacją brzusznego toru oddychania i powiększeniem rezonatorów głosowych przez znaczne obniżenie krtani (dobra, przepisaliśmy z Wikipedii!) jest charakterystyczny dla muzyki ludowej Tyrolu i w barwach Austrii prezentował się okazale chociaż nie był doceniony. Grupa Global.Kryner nie tylko jodłowała, ale śpiewała po hiszpańsku i ostatecznie przepadła w półfinale. Teraz za jodłowanie bierze się kraj, który z Tyrolem niewiele ma wspólnego – Rumunia ten śpiew pomiesza już nie z hiszpańskim ale z czymś co ma być ponoć hip-hopem. Na Eurowizji wszelkie chwyty dozwolone. Przypomnę jedynie, że na Eurowizji Junior jodłowa Belgijka i był to najwyżej oceniony „Yodel” w historii konkursów EBU. I co ważne – Belgia też jodłowała w Kijowie!!

Bardzo podobnie prezentują się Węgrzy, którzy uznali, że skoro znów jadą do Kijowa to znów postawią na muzykę folkową i język narodowy. Fenomenalny duet NOX przywrócił Węgrom wiarę w sukces na Eurowizji i zajął w Kijowie 2005 12. miejsce. Teraz podobny rezultat (a pewnie i lepszy!) chciałby osiągnąć Joci Papai, który zaśpiewa Origo. Co prawda utwór nie jest tak mocno oparty na folku jak Forogj Vilag ale i tak Madziarzy dzielnie bronią tradycyjnych brzmień przed radiówkami ze Skandynawii i (o zgrozo!) z Bałkanów. Z tegorocznymi Węgrami kojarzy się zresztą jeszcze jedno podobieństwo. Kto oglądał występ z selekcji A Dal ten wie, że wokaliście towarzyszy tam…czarna dziewczyna (z włosów, nie z koloru skóry), a przecież o takowej śpiewał nasz polski reprezentant z Kijowa – Ivan Komarenko, dzielnie wspierany przez muzyków z grupy Ivan i Delfin i debiutującej wtedy Gosi Andrzejewicz, która co prawda czarna nie była, ale dzielnie wywijała na akordeonie, chociaż i tak nie wydawał on dźwięku bo Eurowizja ma muzykę z playbacku.

Nie zabraknie w stawce piosenki żywcem wydartej z soundtracku do jakiejś bajki Walta Disney’a. W 2005 roku mieliśmy balladę  Tout de moi Monako, teraz jest Breathlessly z Malty. Małe kraje, pompatyczne utwory, mało punktów, wielka porażka – tego się spodziewam. A jak poradzą sobie piosenki o wojnie i pokoju? W Pałacu Sportu na ten temat śpiewali m.in. Łotysze, Ukraińcy i Rosjanka, a teraz ten temat przejęli reprezentanci Albanii i Gruzji. W 2005 roku duet Walters i Kazha omal nie doprowadził fanów do zawału gdy tak niebezpiecznie orbitował wokół pierwszego miejsca finału, ostatecznie zajmując aż piątą lokatę. Tegorocznym piosenkom o pokoju raczej nie zwiastuję nawet udziału w bezpośredniej walce o pierwsze miejsce.

Oczywiście polityki w wydaniu ukraińskim też nie zabraknie. O tym co działo się przed Eurowizją 2005 informowały m.in. polskie media, teraz co prawda konkurs odbywa się w nieco większym odstępie czasowym od rewolucji na Majdanie, ale i tak atmosfera jest napięta ze względu na konflikt z Rosją. W ostatnich dniach trwa walka o tzw. małą dziewczynę której boją się Ukraińcy czyli Yulię Samoylovą. Ukraińcy dali jej bana na wjazd do swojego kraju więc nadal nie wiadomo co z tą Rosją będzie. EBU traci cierpliwość i grozi banem Ukrainie, co ponoć zostało zdementowane, ale niesmak po takich szantażach pozostanie na długo. W 2005 roku bana dostał Liban, który zapomniał, że Eurowizja to konkurs w którym trzeba transmitować wszystkie występy, nawet jeśli na scenie śpiewa dziewczyna z Izraela. Potok banów zwiastowała już Turcja w 1989, tak uwielbiana przez wielu fanów!

I na koniec jeszcze jedno – nie ma Eurowizji w Kijowie bez Ruslany! Zwyciężczyni Eurowizji 2004 nie daje o sobie zapomnieć i chociaż od jej triumfu minęło już wiele lat, a ona sama stała się bardziej polityczna niż artystyczna, to jednak nadal jest aktywna na rynku muzycznym, nagrywa, koncertuje i molestuje wciąż te same, karpackie dźwięki. Ważne, że nadal jest o niej głośno i chociaż to wina Jamali, że Ukraina jest organizatorem Eurowizji 2017, wiadomo, że Ruslana będzie tam miała swoje 5 minut. Na szczęście wokalistka chyba korzysta z tej samej szkoły języka obcego co ubiegłoroczny reprezentant naszego kraju, więc angielskiego nadal nie umie więc może Ukraińcy nie dadzą jej zawładnąć sceną na 30-minutowe płonne przemówienie, chociaż już nie raz udowodniła fanom Eurowizji i widzom różnych preselekcji (biedni Belgowie i Rumuni) że z jej słowotokiem nie ma żartów!

W felietonie żartów było mnóstwo i mam nadzieję, że w ten sposób zostanie to odebrane. Nie ważne, czy Eurowizja odbywa się w Pałacu Sportu (aktualnie mocno zdezelowanym) czy w IEC (na tzw. „kijowskiej” Pradze, czyli gdzieś tam za rzeką, między blokami), to nadal jest to konkurs który ma bawić, radować, cieszyć i dawać mnóstwo pozytywnej energii wszystkim, którzy mają do siebie dystans i traktują to jako wspaniałą rozrywkę a nie rywalizację. Do zobaczenia w Kijowie!

Felieton Macieja Błażewicza, analiza własna, foto: Visual Act (scena w Kijowie 2005)