Próby powrotu artysty, który kiedyś wystąpił już na Eurowizji na jedną z przyszłych edycji Konkursu jest zawsze nośnym tematem. Nie ma znaczenia to, z jakim rezultatem zakończono eurowizyjną przygodę w przeszłości.

To jest odpowiedź na opinię: „Czy Michał Szpak powinien wrócić na Eurowizję?” [LINK]

W ostatnim czasie dużo dyskutowano na temat potencjalnej kandydatury Margaret z San Marino, która jednak okazała się tzw. fake newsem. W końcu „Cool Me Down” było tym, czego Europa chciałaby wreszcie z Polski usłyszeć. Dynamiczną, nowoczesną i przede wszystkim taneczną propozycją. Przeciwieństwem wystawianych od lat ballad, z którymi paradoksalnie (poparte statystykami) wychodzimy najlepiej. I wreszcie – testem czy tego typu piosenki Made in Poland (choć w tym wypadku powinnam napisać Made in Sweden for Poland) mają szansę na finał. Mocno zapadającym w pamięci był występ Cleo z „My Słowianie”. Osiągnęliśmy wtedy wysokie 14. miejsce (w tym 5. miejsce w televotingu), lecz tak wysoki wynik można było usprawiedliwić powrotem po 2-letniej przerwie oraz kontrowersyjnym stagingiem. Może kiedyś spróbujemy…

Młynem na nowe teorie jest nowy singiel oraz zapowiedź drugiego studyjnego albumu Michała Szpaka. „Don’t Poison Your Heart” trwa niecałe trzy minuty, co jest jednym z warunków wystawienia piosenki na Eurowizję. Dodatkowo, od strony kompozycyjnej odpowiadają za to Ci sami panowie, co za sensacyjny sukces „Color of Your Life” – Andy Palmer oraz Kamil Varen. Boom na artystę, który „upadł, by wstać” zaczął się wraz z premierą debiutanckiego albumu „Byle być sobą” i dość odważną decyzją na start w Krajowych Eliminacjach. To nie był przypadek, że fanki wybrały COYL na singiel, z którym finalnie Szpak pojechał na Eurowizję. COYL było typową piosenką festiwalową: pełną patosu, z mądrym przesłaniem, nośnym refrenem łatwym do zanucenia, a sam utwór zapadał w pamięci. Dodatkową zaletą kompozycji była jego staromodność. W dobie bylejakości współczesnego popu COYL wydawało się być panaceum przypominającym stare dobre czasy lat 80-tych i 90-tych, które pamiętają dzisiejsi 30- i 40-latkowie, a także fani tamtej muzyki. To właśnie oni głosowali podczas pamiętnych Krajowych Eliminacji, na których bilet do Sztokholmu mieli chrapkę m.in. Edyta Górniak, Kasia Moś, a także wspomniana wcześniej (i niezwykle pokrzywdzona) Margaret. I postawili na swoim. Efekt tej decyzji nawet dla zagorzałych fanów Eurowizji była zaskoczeniem – 3. miejsce w głosowaniu widzów oraz 8. miejsce w klasyfikacji finałowej.

Wydawać by się mogło, że ponowne uczestnictwo jest dobrym pomysłem. To dość logiczny wniosek, biorąc pod uwagę światową (!) popularność Michała Szpaka. W zeszłym roku, to właśnie on był jednym z 10 najczęściej słuchanych polskich artystów za granicą za pomocą serwisu streamingowego Spotify. To wielki sukces wokalisty, który gra inny gatunek muzyczny niż metal czy rock (w wspomnianym rankingu są m.in. Behemoth, Vader, Decapitated, a także Riverside). Logicznym posunięciem jest również kontynuacja kariery artystycznej. Stąd też premiera singla, zapowiedź drugiego studyjnego albumu, udział w The Voice of Poland. Ponowny udział w imprezie okołoeurowizyjnej jest starym jak świat, ale wciąż skutecznym chwytem marketingowym dla pragnących przypomnieć o sobie artystów. To właśnie z tego powodu widzieliśmy m.in. Loreen w stawce tegorocznego Melodifestivalen, Elinę Born w Eesti Laul, a Lenę, Irę Losco, Kaliopi, Valentinę Monettę czy Danę International ponownie na Eurowizji. Przykłady można wymieniać w nieskończonność, lecz nie o to tutaj chodzi. Z tego więc względu sądzę, że udział Michała Szpaka w Krajowych Eliminacjach byłby doskonałym pomysłem promocyjnym i szansą na zasygnalizowanie milionom osób na to, że ten „kolorowy ptak” rozwija się, że wciąż może dużo. A nawet wywalczyć pierwsze w historii zwycięstwo dla Polski (hurra optymizm z mojej strony!).

foto: materiały prasowe

Z takim właśnie przekonaniem jechało w przeszłości Ich Troje. W 2003 roku dzięki wielojęzycznej kompozycji „Keine Grenzen – żadnych granic” wygrali pierwsze krajowe preselekcje, a w finale zajęli wysokie 7. miejsce. Wówczas o wynikach decydowali przeważnie telewidzowie (z wyjątkiem Bośni i Hercegowiny, Rosji oraz Irlandii, gdzie odbywało się głosowanie jurorskie). Trzy lata później grupa w mocno poszerzonym składzie, również dzięki eliminacjom Piosenka dla Europy powróciła do Aten. „Follow My Heart”, dzięki m.in. wstawkom raperskim Reala McCoya miało być naszym asem wyciągniętym z rękawa i pewnie wejść do finału. Na nasze nieszczęście, zabrakło całkiem niewiele.

Statystyka na temat powracających na scenę eurowizyjnych artystów również nie przynosi dobrych wieści. W ciągu ostatnich dziesięciu edycji Eurowizji na Konkurs powróciło 35 wokalistów w tym 19 solistów. Trzech z nich: Poli Genova (2011,2016), Donny Montell (2012,2016) oraz Dima Bilan (2006,2008) osiągnęli lepsze rezultaty niż za pierwszym podejściem do tematu. Rosjanin do swojego drugiego podejścia przygotował się niezwykle profesjonalnie (producentem utworu był Timbaland) i właśnie to, w połączeniu z szerokim wsparciem w Europie sprawiło, że wygrał. Zresztą, taki dokładnie był cel tego artysty. Jeszcze ciekawiej przedstawia się sytuacja pozostałych uczestników Konkursu – tych którzy w czasie poprzednich i/lub ostatniego startu byli zaangażowani we współpracę z innymi artystami. Tutaj lepsze wyniki osiągnęli: Roberto Meloni (2007, jako członek Bonaparti.tv oraz 2008 jako członek Pirates of the Sea), Laura Polvere (2005 jako członini Suntribe, 2017 w duecie z Koitem Toome) oraz grupa SunStroke Project (2010 razem z Olią Tirą, 2017 solowo).

Biorąc pod uwagę powyższe, niezwykle ciężko jest powiedzieć co byłoby, gdyby Michał Szpak zdecydował się na eurowizyjny powrót właśnie teraz. Z jednej strony Konkurs Piosenki Eurowizji potrzebuje powrotu do korzeni, nowej definicji zwrotu utwór eurowizyjny. Nie wiążę zbyt dużych nadziei na dobry dla Polski wynik w Lizbonie, ale jeżeli Michał Szpak jednak zdecydował się na powrót do Krajowych Eliminacji (i na Eurowizję), ucieszyłabym się. Miałabym wtedy gwarancję tego, że będzie godnie i nie najemy się wstydu, jak to bywało w przeszłości. Nie patrzyłabym już wtedy z wielką obawą na stawkę przyszłych Krajowych Eliminacji, która może być fatalna, pod względem piosenek – na nieszczęście zarówno nasze, jak i TVP. To właśnie utwór musi sprawić, że Polska (a później Europa) będzie chciała oddać na nas głos. „Don’t Poison Your Heart” swoim brzmieniem przypomina skrzyżowanie wspomnianego wcześniej COYL oraz „Rosanny”. Innym na myśl przyjdzie utwór „Bang Bang” Ani Dąbrowskiej – ze względu na początek i koniec najnowszej piosenki Szpaka. Z z drugiej strony jednak przypominają się też najlepsze momenty z grania takich zespołów jak Bon Jovi czy Aerosmith… Ale, ale czy Europa byłaby w stanie „łyknąć” piosenkę podobną do innej, którą wcześniej słyszała od tego samego artysty i do tego z rockowym pazurem (rock nie ma łatwo na Konkursie)? Śmiem wątpić.

Przypadek Salvadora Sobrala pokazał, co tak naprawdę jest ważne w Konkursie. Traci na znaczeniu to, ile wizualizacji i pirotechniki będzie w performance’u. Najważniejszy jest przekaz i umiejętność wyrażania swoich emocji. Podobną rzecz zrobiła dziesięć lat temu Marija Šerifović i ona również wygrała Eurowizję. Oboje śpiewali w językach narodowych, przez co w 2008 roku mieliśmy wysyp propozycji w językach innym niż angielski. Wedle ogłoszonych już regulaminów selekcji/wyborów wewnętrznych więcej niż pewne jest to, że w Lizbonie scenariusz może się powtórzyć. Skorzystajmy z tego faktu w umiejętny sposób. Performance Michała Szpaka mógłby być magiczny, ale musi mieć lepszą piosenkę. Zawartość następcy „Byle Być Sobą” póki co jest wielką zagadką, która powinna być rozwiązana w przyszłym roku. Mówi się jednak, że stylistycznie album będzie kontynuacją debiutanckiego longplaya z kilkoma anglojęzycznymi utworami, z myślą o zagranicznych fanach i być może Eurowizji. Czas pokaże. Jak nie Lizbona, to następne edycje Konkursu (sam Michał tego nie wyklucza)… jednak pod względem wokalnym to nie byłaby zła decyzja.

Źródło: Wikipedia, Spotify, inf. własne