Siedem grzechów fana Eurowizji. Foto: Andres Putting, eurovision.tv
Fani Eurowizji to bodajże najwspanialsza społeczność fanowska na świecie. To jedna, wielka, europejska (czy wręcz można powiedzieć światowa) rodzina, zjednoczona wśród wspólnej pasji. Czy jednak ten kryształowy wizerunek pozbawiony jest rys? 

Przedstawiamy Wam unikalny zbiór Siedmiu grzechów fana Eurowizji! Poniższy tekst należy traktować z przymrużeniem oka. Zbiór problemów związanych z eurowizyjną społecznością odnosi się do ogółu i sformułowany został na podstawie wieloletnich, subiektywnych obserwacji. Sam artykuł nie ma na celu wyśmiewania postaw, a pokazania jak bardzo różnorodną społecznością jest grupa fanów Konkursu Piosenki Eurowizji.

1. Pycha eurowizjomaniaków

Eurowizja jest idealna. Kropka. Kto tak nie uważa, jest niespełna rozumu. Jakieś wady? W życiu. Nie dostrzegam. Bezkrytyczne podejście do konkursu jest częstym grzeszkiem występującym w eurowizyjnym świecie. Eurowizyjni artyści już na zawsze stają się obiektami kultu, a każda rzecz, choćby delikatnie związana z wydarzeniem, pozostaje świętym reliktem. Po prostu – wszystko, co kiedykolwiek zetknęło się z konkursem jest lepsze. Victoria jest o ligę wyżej niż Billie Eilish, a Elton John, choćby nie wiadomo, co będzie się działo, to pozostaje dobrym ziomkiem, bo przecież przewinął się w finale w Rydze. Nawet, jeśli on sam już pewnie tego nie pamięta.

2. Chciwość wyniku

Sprawiedliwość sprawiedliwością, ale wynik mojego kraju jest najważniejszy! Nic nie liczy się bardziej dla fana Eurowizji niż narodowy rezultat. Faktyczna jakość utworu, walory artystyczne, oryginalność na tle konkurencji? Czy cokolwiek z tego ma jakiekolwiek znaczenie wobec faktu, że piosenka reprezentuje MÓJ kraj? Niekoniecznie. A czy to nie ten argument powinien decydować o zwycięstwie? Co zaś, jeśli reprezentant zawiedzie i nie przyniesie wymarzonego triumfu? O takim najlepiej zapomnieć.

3. Nieczystość zagrywek

Nie ma systemu, którego nie dałoby się oszukać! Czy audiotele, czy głosowanie internetowe – nie ma rzeczy niemożliwych. Po prostu mój faworyt czy kraj musi wygrać. Dobra determinacja w pomocy ulubieńcom nie jest zła. Czy to głosowanie podczas samego konkursu, czy zwykła ankieta na jednej z fanowskich stronek – zwarte szeregi i dobra strategia są kluczem do sukcesu. Oczywiście, należy pamiętać, że w przypadku konieczności głosowania na więcej niż jedną piosenkę, poza naszym głównym wyborem, należy wskazywać samych słabeuszy. Oni nas nie pokonają!

4. Łakomstwo sztampy

Dajcie mi więcej szlagierów, popowych diw, i „key change’y”! Chcę emocji, chcę zabawy, chcę prostoty, chcę cekinów. Ambitniejszy repertuar nie zawsze ma lekko wśród eurowizyjnych zapaleńców. Przecież konkurs ma być zabawą! Po co kolejne smęty? Znowu nas będą próbowali zanudzić balladami. Kopia kopii hitu radiowego sprzed pięciu lat? Idealnie! Przecież nóżka sama tupie.

5. Zazdrość międzyprzyjacielska

O nie, jak Twój faworyt mógł pobić mojego?! Z nami koniec, przyjaźń kończy się w tym momencie. Także w perfekcyjnej eurowizyjnej rodzinie potrafią zdarzyć się zgrzyty. Niejednokrotnie najmocniejsze nawet relacje zawisnęły na włosku, bo między znajomych weszła Sanna Nielsen pod ramię z Ace Wilder. Niektóre małżeństwa rozpadają się, gdy partnerzy nie mogą dojść do porozumienia, czy bardziej wartościowe są bałkańskie ballady, czy szwedzkie szlagiery. Tak już wychodzi, gdy o gustach jednak się dyskutuje.

6. Gniew na wynik

Netto, nigdy Ci tego nie wybaczę. Jak śmiałaś wygrać z moją najukochańszą Eleni? Niektóre zbrodnie dyskredytują na zawsze. A już z pewnością, gdy ktoś ośmieli się przeszkodzić drodze faworyta do zwycięstwa. Powinien wtedy zostać wymazany z kart eurowizyjnej historii na zawsze. Ta Jamala? Czy ona zwariowała wygrywając z Dami Im i Siergiejem. A Salvadora to przepraszam, kto zapraszał na pierwsze miejsce?

7. Lenistwo w odkrywaniu nowych doznań muzycznych

No i cóż, że ze Szwecji? Oglądanie Melodifestivalen to obowiązek w każdy weekend. Trzeba się trzymać utartych standardów. Tradycja jest tradycją. Nigdy nie wiadomo, co czeka nas na takiej Litwie. Armenia? Warto w ogóle ryzykować? Słyszałem, że Sanremo się strasznie dłuży. Odpalę stary dobry Melfest, najbezpieczniej. Nawet, jeśli przez trzy odcinki polubiłem tylko dwie piosenki. Zawsze znajoma marka to znajoma marka.

Wszystkie nasze grzechy rozliczone. Byliście grzeczni? Czy przyjdzie w tym roku do Was eurowizyjny Święty Mikołaj?