Odcinek 10: Nie samą ojczyzną człowiek żyje…

Polski światek eurowizyjny jest rozemocjonowany: poznaliśmy wreszcie polskiego reprezentanta! Nie ma co ukrywać, wydarzenie to zepchnęło na plan dalszy to, co działo się w pozostałej części Europy. Czy jednak możemy sobie tak po prostu pominąć wydarzenia minionego tygodnia? Otóż nie. Poznaliśmy aż siedem nowych piosenek (poza wspomnianą już polską), w tym oczywiście większość dzięki selekcjom narodowym. Publikowanych jest również coraz więcej utworów wybranych wewnętrznie. Co więcej, pewna część wcześniej wybranych piosenek doczekała się nowszych wersji. Są one lepsze lub gorsze. Nie będziemy jednak omawiać każdej zmiany z osobna. Czy jednak fair jest względem widzów głosujących w selekcjach mieszać w wybranych przez nich utworach? Może taka a nie inna wersja nie przypadłaby im aż tak bardzo do gustu?

Dzisiejszy odcinek ‘współprowadził’ ze mną będzie Emil Batko. Przeczytać będziemy mogli sporo jego opinii o wydarzeniach minionego tygodnia. Podzielił się z nami również swoją wesołą memową twórczością.

Równo tydzień temu odbyły się selekcje greckie. Eurosong przeprowadzony był w bardzo zgrabny sposób, bez wielkich fajerwerków – jednak z klasą. Greckie show podzielono na dwie części: wspominkową (Grecy pamiętali, że mamy sześćdziesięciolecie konkursu), oraz właściwą, selekcyjną. Podobnie jak w Irlandii, byliśmy świadkami quizu eurowizyjnego, jednak był on przeprowadzony w zupełnie innej atmosferze niż ten wyspowy. Eurowizja bowiem nie jest w Grecji ‘zabawą dziwaków’, a faktycznie emocjonującym cały naród konkursem. Jako gość specjalny wystąpiła między innymi Helena Paparizou, która  10 lat temu wygrała ESC. Przypomniano także wiele innych greckich oraz cypryjskich hitów – nietrudno nie zauważyć jak te dwa kraje kulturowo są ze sobą związane. Sensowna jest więc walka z punktowym wspieraniem się helladzkich narodów? Może lepiej po prostu byłoby wystawić ich wspólną reprezentację?

W selekcjach usłyszeliśmy tylko pięć piosenek. Co ciekawe– aż cztery z nich zawierały mniejsze lub większe melodyczne nawiązania do tradycyjnej greckiej muzyki. Wszystkie te cztery piosenki było to oczywiście żwawe melodie. W roku, w którym cierpimy na znaczny niedostatek folku i skocznej nuty wybór jednej z tych piosenek byłby mile widzianym powiewem świeżości. Jak się jednak okazało – Grecy postanowili nam zrobić niespodziankę! Jedyna ballada w stawce selekcyjnej. Jedyna! A już nawet nie chce mi się liczyć która w całej stawce eurowizyjnej! Tak jednak zadecydował naród grecki. Jak cała Europa balladą stoi – oni nie mogą być gorsi.

Co ma na ten temat do powiedzenia Emil?

4 marca odbył się grecki finał – mnóstwo gadania, gościnnych występów, jakieś zbędne elementy typu quiz… Zanim zaczęły się występy konkursowe już byłem znużony. Niestety okazało się, że za niskim poziomem piosenek stał też niski poziom wokali. Niestety jedyna moim zdaniem dobra piosenka czyli „Sunshine” została zawyta a nie zaśpiewana… Wygrała Maria z przeciętną balladą, ale jako  jedyna nie fałszowała. Jakoś większych emocji we mnie te selekcje nie wywołały – scena okej, organizacja techniczna okej, dużo gadania i w sumie prawie nic więcej w pamięci…

Zwycięskie One Last Breath

Nie tylko ja nie mogę odżałować Sunshine…

Dzień później finał selekcji mogliśmy oglądać również w Niemczech,  Unser Song für Österreich. Był to czwartek. Naszła mnie wtedy refleksja – skąd pomysł, żeby przeprowadzać selekcje w środku tygodnia? Pół biedy jakieś mniej ważne odcinki. Ale finały? Czy wtedy nie ma mniejszej oglądalności? Hmmm, jak dla mnie nie jest to najlepsza opcja. Mniejsza o pytanie ‘kiedy?’. Dla nas ważniejsza jest kwestia ‘jak?’. Czy Niemcy zaszczycili nas show na wysokim poziomie? Raczej tak. Scena, co ciekawe, jest identyczna względem tej którą widzieliśmy rok temu. Jej główny element stanowiło osiem LEDowych rąbów. Każdy z nich symbolizuje jednego uczestnika selekcji.  Albowiem właśnie ósemka wykonawców walczyła o wyjazd do Wiednia. Z założenia miała to być siódemka wielkich gwiazd i jeden debiutant. Rok temu tak faktycznie było. Jednak przegrana między innymi Oceany, Unheliga, Madelaine Juno czy The Baseballs z wchodzącą na rynek muzyczny Elaizą, raczej odrzuciła potencjalne wielkie nazwiska. Niestety, jak się okazało, za rangą nazwisk w dół również poszedł poziom muzyczny. Nie był on tragiczny, nie da się jednak ukryć, że ochota była na więcej. W stawce były dwie perełki. Jak się potem okazało, obie awansowały do superfinału. Zanim jednak o tym, wspomnijmy o dosyć ciekawym formacie ‘Unser Song für…’. Ósemka uczestników śpiewa jedną piosenkę. Czwórka z nich przechodzi do następnego etapu. Śpiewają wówczas swoją drugą piosenkę. Po dwa utwory od każdego wykonawcy z drugiego etapu (łącznie 8), walczy o dostanie się do superfinału, gdzie miejsce jest już tylko dla dwóch utworów. Tak naprawdę wszystkich piosenek przygotowanych z myślą o selekcjach jest 16, jednak aż czterech w ogóle nie usłyszymy na scenie. Może to być krzywdzące dla tych właśnie kompozycji. W każdym bądź razie, do superfinału dostali się Andreas Kümmert z piosenką Heart of Stone oraz pochodzącą z konkursu dla debiutantów Ann Sophie z Black Smoke.  Wydawałoby się, że nieważnie co zostanie wybrane, będzie dobrze. Nikt jednak nie przewidział afery…

Miażdżącą ilością głosów telewidzowie zadecydowali, że do Wiednia pojechać powinien Andreas. Ten wyszedł na scenę, podziękował… i stwierdził, że on się nigdzie nie wybiera. Wszem i wobec ogłosił, że jest ‘zbyt małym artystą’ aby trafić na Eurowizję, więc swój tytuł reprezentanta oddaje Ann Sophie. Szok i niedowierzanie! Paradoks, jakiego nie widzieliśmy przez 60 lat Konkursu Piosenki Eurowizji! Po raz pierwszy legalnie wybrany  w selekcjach wykonawca zrzekł się tak po prostu możliwości wyjazdu na ESC! Niestety publika zgromadzona pod sceną nie była wcale a wcale zadowolona z zaistniałej sytuacji. Zresztą wśród publiczności zasiadali stereotypowi eurowizjomaniacy, if you know what I mean. Niczemu nie winna Ann Sophie została wybuczana. Biedaczka sama nie wiedziała, czy wygraną przyjąć czy nie. Na szczęście jednak, muzyka na zaistniałej aferze nie straciła. A nawet wprost przeciwnie. Posłuchajcie obu ‘zwycięskich’ utworów  i sami oceńcie, który z nich Waszym zdaniem byłby lepszy.

Ps. Ann Sophie to już druga z rzędu reprezentantka Niemiec, która do selekcji dostała się przez Clubkonzert, czyli eliminacje dla debiutantów. Czy jeszcze bardziej odstraszy to najgorętsze nazwiska w Niemczech? A może pokaże młodym muzykom, że warto walczyć o szczyty, bo zwycięstwo z ‘wielkimi’ nie jest rzeczą niemożliwą…

Do głosu dopuszczam Emila…

Na niemieckie selekcje czekałem z niecierpliwością – rok temu była to istna bomba między innymi  pod względem realizacyjnym. W tym roku ta sama scena, poziom piosenek ciut gorszy, więcej było niewypałów. Gdy odpadł zespół Farenheidt, jedyną moją faworytką została Ann Sophie i niestety przegrała … ale… no właśnie! ALE! W tym roku niemieckie show nie wzbudzało we mnie aż takich emocji do czasu zaskakującego rozwiązania! Nie ukrywam, że ucieszyłem się rezygnacją Andreasa na rzecz znakomitej Ann ale po co więc brał udział? Pytanie z wieloma odpowiedziami i bez żadnej konkretnej. Brawa też dla prowadzącej, która zachowała zimną krew  Znowu więc mamy dzika kartę na ESC. Podsumowując – znowu było znakomicie, choć czuć lekki spadek formy.

W piątek swoisty półfinał przeprowadziła Austria. Wer singt für Österreich? Zakończy się w tym tygodniu. W poprzednim odcinku poznaliśmy 12 piosenek, które mogłyby wybrzmieć na eurowizyjnej scenie. Po dwie na każdego wykonawcę -hmmm, nie brzmi to znajomo z innym germańskim krajem? Panel jurorski stwierdzał, która z piosenek dla każdego jest lepsza. Tym samym poznaliśmy stawkę finałową. Jak się okazało – Austriacy zafundowali nam rewelacyjny poziom! Nieśmiało stwierdzam, że tak dobrego zbioru piosenek nie mieliśmy jeszcze w żadnych innych tegorocznych selekcjach. Ja z całych sił kibicuję psychodelicznemu zespołowi Johann Sebastian Bass. W tej stawce każdy jednak może znaleźć coś dla siebie.

Sobota przyniosła kolejny odcinek szwedzkiego Melodifestivalen. Tym razem poznaliśmy ostatnich finalistów, którzy skorzystali ze swojej drugiej szansy. Ci którzy w poprzednich tygodniach zajmowali w półfinałach miejsca 3-4, w tę sobotę walczyli o ostatnią szansę awansu. Udało się czwórce z nich. Poległy między innymi bardzo charakterystyczne dziewczyny z zespołu Dolly Style. Do finału zaś dostał się…  biesiadny dziadziuś Hasse Andersson! Szwedzi kochają takie kawałki (czego nie można powiedzieć o każdym). W finale dostał najlepszą, ostatnią, pozycję startową. Czy biesiada jest w stanie stanąć na drodze faworyzowanemu Månsowi Zelmerlöw               owi?

Filippa Bark, czyli największa w Szwecji królowa stylu i humoru ma do Was przesłanie. Walczcie o pokój. Nie konkurujcie w muzyce.

Prawdziwą królową szwedzkiej muzyki jest jednak Loreen (fanów Caroli uprasza się o nie zabijanie autorki tego felietonu). Oto cudo jakie przyszło nam usłyszeć oraz zobaczyć w minioną sobotę.

Tego samego wieczoru (a może już nawet bardziej nocy), obejrzeć mogliśmy finał portugalskiego Festival da Canção. Muszę to powiedzieć. To było pierwsze selekcje w tym sezonie, które miałam ochotę najzwyczajniej w świecie wyłączyć i zająć się czymś innym. Zwłaszcza że był to już trzeci wieczór z Portugalią (zgodnie z systemem eurowizyjnym, półfinały odbyły się we wtorek oraz czwartek). Poziom muzyczny był naprawdę miałki. W całych selekcjach usłyszałam AŻ jedną piosenkę, o której mogłam szczerze powiedzieć ‘Tak, podoba mi się’. Oczywiście przepadła ona już na poziomie półfinałów. Oczywiście zgodnie z najnowszym europejskim trendem usłyszeć mogliśmy praktycznie same ballady. Większość brzmiała jak covery eurowizyjnych przebojów z lat 80-tych.  Aż ciężko było załapać kiedy zaczynał się interval, w którym to właśnie przypominane były takowe utwory. Między innymi wybrzmiało O meu coração não tem cor czyli piosenka która zajęła najlepsze w historii portugalskich startów… szóste miejsce! Na pięćdziesięcioletnią eurowizyjną historię tego kraju to trochę biednie! A jeśli chcą zawojować Europę takim samym poziomem jak w tym roku, to ja w najbliższym czasie upragnionego sukcesu dla nich ciągle nie widzę…

Oto piosenka, Há um mar que nos separa, która dla Portugalii wybrzmi w Wiedniu.

A oto i jedyna portugalska piosenka która chwyciła mnie za serce

https://www.youtube.com/watch?v=ErfIGLEh4ew

Selecția Națională to ostatnie selekcje jakie przyszło nam zobaczyć w ten weekend. Była taka nadzieja, że Rumunia, jak co roku, dostarczy nam imprezowego eurowizyjnego hitu. Niestety i w tym kraju trend balladowy wziął górę. Rozumiecie to? Jak już Grecja i Rumunia wybierają smęty to wiedz że coś się dzieje! Zanim jednak dojdziemy do tego, oddam głos Emilowi:

Rumuńskie selekcje … Duża hala, duża scena lecz występy i piosenki pozostawały wiele do życzenia… Nawet moim faworytką czyli Larze i Luminicie wciśnięto nieudane pomysły ale nie były one tak złe jak reszty. Wszystkich przebiła pani Cristina Vasiu, która postanowiła ze swojego biustu stworzyć dwie głowy kałamarnicy i odziać połamane lustro, z którego na koniec zaczęły lecieć fajerwerki… Ze śpiewem też było różnie – tu mimo mocnej konkurencji nagrodę „Wyjec Rumunii 2015” zdobywa pani Rodica. Nudne i przegadane show uratowała nieśmiertelna Ruslana! Co za kobieta! Mimo, że od jej wygranej minęło już 11 (!) lat to promieniuje niemalejącą energią i jest mega naturalna i pozytywna w tym co robi  Widać, że oddaje temu całe serce – w pewnym momencie, wyglądało na to, że przejęła show gdy prowadzący zaczęli swoje a ona rozpoczęła przemowę o Ukrainie i kolejny utwór… Kochana aktywistka  Same wyniki – nuda… Wygrał zespół, którego piosenka była znana wcześniej niż konkurencja i skrócona na potrzeby konkursu, z tego co zdążyłem ogarnąć był to nawet hit a i zespół wygrał ze względu na sławę. Gdyby nie Ruslana to te 3 godziny (!!!) uznałbym za w pełni zmarnowane.

11028162_757611141001257_1556180896_o11054646_757611554334549_2118954935_o

Memy również przygotował dla nas Emil.

Jeszcze parę słów ode mnie: nie będę komentować zwycięskiego utworu. Powiem coś o tych, których na Eurowizji zobaczyć już mogliśmy. Luminița Anghel, która wprowadziła niegdyś Rumunię na najniższy stopień podium z niesamowicie energicznym Let me try. Od tego czasu raz na jakiś czas wraca do selekcji uderzając w ballady (ehhh). Nie tylko przez stylistykę muzyczną ciężko ją poznać. Rysy twarzy kompletnie nie kojarzą mi się z tym co widzieliśmy 10 lat temu. Luminito, wróć proszę do mocniejszego brzmienia! Myślę że wielu tęskni za Twoim drapieżnym głosem. Rusłana zaś niezawodna jak zwykle. Energię i dzikość jej wokalu ciężko przyrównać do czegokolwiek innego. To prawdziwa diva Eurowizji. Oczywiście, nie obyło się bez politycznych wzmianek o sytuacji na Ukrainie. Mimo wszystko jednak show w jej wykonaniu oglądało się jak zwykle z niesłabnącą przyjemnością. Dla wielu artystów Rusłana powinna być wyznacznikiem, jak robić swoje w muzyce i robić to dobrze!

Rumunia 2015 – Voltaj De la capăt

W tym tygodniu poznaliśmy trzy piosenki wybrane wewnętrznie.

Wielka Brytania – kto się spodziewał wielkiego WOW, to się zawiódł. A kto się nie spodziewał niczego wielkiego, nie otrzymał również tragedii. Still in love with you to lekka, musicalowa propozycja. Taka do potupania nóżką. Źle nie jest, ale wybitnie też nie. Na Wyspach mamy całą masę rewelacyjnych artystów. BBC jednak uparcie nie chce wysłać nic ambitniejszego na Eurowizję.

Do wyższej artystycznej klasy na pewno można zaliczyć piosenkę belgijską. Faktem jest, że wokal Loïca nie każdemu może przypaść do gustu, jednak Rhythm Inside jest rewelacyjną odskocznią od tegorocznej balladowej stawki.

Czechy w tym roku po raz pierwszy nie chcą zająć miejsca na dnie półfinału. Zaprezentowali nam balladę(!) z mocnymi, rockowymi wokalami. Czy odniesie sukces? Ile osób, tyle opinii… But Hope never dies…

https://www.youtube.com/watch?v=ZV_31Yz-TCw

No i nadszedł ten moment! Polska! Czas na Emila:

Na 9 marca każdy fan długo czekał  Towarzyszyły nam w tym okresie wielkie plotki o udziale gwiazd i gwiazdeczek, promowanie się na konkursie (wiemy o kogo chodzi ), czy ataki sezonowców lub szarych, niedzielnych telewidzów nie mających zielonego pojęcia o tym, że np. piosenka z 2005 jest „ciut:” za stara na tegoroczny konkurs. Ale przetrwaliśmy i było warto! TVP zaskoczyło podwójnie. Po pierwsze – specjalne wydanie „Świat się kręci” było w całości poświęcone Eurowizji. Były materiały wspominkowe i mimo, że w sumie pokazywały oklepane momenty wałkowane milion razy to nie było wpadek jak to u TVP często w tym temacie bywało. O konkursie wypowiadano się miło, z dystansem i pochlebnie – jakbym nagle przełączył na inną stację  Zaproszono oczywiście Orzecha, nasz słowiański duet, pierwszego komentatora Eurowizji transmitowanej przez TVP na żywo czyli Ryszarda Rembiszewskiego. Zastanawiał mnie tylko udział Haliny Frąckowiak – ale na szczęście ta jak nie znała się na danym temacie to z klasą wymijająco odpowiadała więc nie było silenia się na „nie wiem ale powiem”. Agata Młynarska pozytywnie prowadziła całe wydanie a wskazówki i materiały z podpowiedziami stopniowały napięcie  Drugim zaskoczeniem był sam wybór. Konia z rzędem temu kto wcześniej typował Monikę  Ja jestem pozytywnie zaskoczony, Monika to mega sympatyczna, inteligentna i empatyczna kobieta z talentem  Utwór – piękna, anielska, słoneczna, spokojna ballada z przekazem  Teledysk prosty schludny ale świetnie się komponuje z utworem. Oczywiście niektórzy krzyczeli „oszukano nas!” – ktoś oficjalnie obiecywał Dodę, Górniak lub Grzeszczak? Inni w necie totalnie nie ogarniając tematu mądrzą się na temat utworu, że to typowa eurowizyjna pioseneczka, że nic nie ugramy, że to zagranie na litość, że powinien być KONCERT (oj biedni nieświadomi) z wyborem reprezentanta. Moim zdaniem osoby niepełnosprawne tak jak każdy maja prawo pojawiać się na ESC, utwór to rzecz gustu  I jak popieram Finów, ze się nie boją to utworu słuchać nie mogę i niestety oni mają taki rodzaj choroby, że jednak nie są wszystkiego do końca świadomi. A już nazywanie Moniki dziwadłem bo skoro kobieta z brodą to teraz kobieta na wózku jest ŻENUJĄCE. Na szczęście z obserwacji widzę, że najwięcej do powiedzenia mają hejterzy a Ci, którzy nie mają bulwersu i ataków agresji siedzą, słuchają i nie piszą tyle – żeby opinie były o piosence i kulturalne to okej. Ale dużo jest zwykłego, cebulackiego hejtu. Ja z całego serca kibicuję Monice, wiem, że konferencje i występ w Wiedniu będą pełne klasy  Czekam teraz z niecierpliwością do Maja .  Wierzę, że z obecnym podejściem TVP nie mamy się o co martwić i miło, że nasz nadawca zanotował tak wielki progres względem kilku lat wstecz.

Co ja powiem od siebie? Wybór TVP mnie zaskoczył. To rozwiązanie wcześniej ani razu nie przyszło mi do głowy. Jedyne czego mogę się przyczepić, to muzyka. Nie mój typ. Wiem że jest sporo osób którzy się ze mną nie zgodzą i mają do tego pełne prawo. Będę wspierać Monikę i apeluję o to do każdego. Pokażmy że potrafimy kulturalnie kibicować naszym niezależnie od tego, w jakim stopniu zadowoleni jesteśmy (lub nie) z polskie eurowizyjnej piosenki.

Panie i Panowie. Monika Kuszyńska – In the name of love

Drodzy czytelnicy, wielkimi krokami zbliżamy się do końca sezonu selekcyjnego. Tak naprawdę za tydzień będzie już po wszystkim. Następny odcinek będzie tym samym ostatnim cyklu ‘Co Ta Europa…’. Przyjdzie nam podsumować wszystko to co działo się od listopada.

W tym roku mamy naprawdę wiele ballad. Poszczególne kraje starają się wpasować w pewien trend, który zapewne efektem jest rewelacyjnymi wynikami tego typu piosenek w zeszłym roku. Czy nie warto jednak zaryzykować? Niestety Europa w większości przypadków się boi. Może i słusznie. Posłużę się cytatem z obejrzanego przeze mnie ostatnio filmu o Monice Zetterlund. Przed Eurowizją miała ona powiedzieć: ‘Jazz na Konkursie Piosenki Eurowizji? Przecież to samobójstwo! To nie jest ICH rodzaj muzyki’. Niestety wokalistka w 1963 roku z piosenką En gång i Stockholm zajęła ostatnie miejsce z zerowym dorobkiem punktowym. I tym razem niestety eurowizyjny standard wygrał nad różnorodnością muzyczną…

Wasza HoSanna