Odcinek 3: Co nam przyniósł grudzień…

W poświątecznych nastrojach, obżarci, obdarowani a jednocześnie oskubani z finansów… powoli przestajemy słuchać świątecznego Georga Michela, chowamy do szaf kostiumy Mikołajów… Taaak, dobry okres żeby odpocząć od życia codziennego, pracy, obowiązków, Eurowizji… Yyyy, wróć? Da się o Eurowizji tak po prostu zapomnieć? Heh, chyba nie, ona o sobie daje znać nawet w Święta!

Ostatni dzień Świąt Bożego Narodzenia przyniósł nam finał selekcji białoruskich Eurofest oraz rozpoczęcie legendarnego albańskiego Festivali i Këngës . Zanim jednak omówimy te świąteczne wydarzenia, musimy powiedzieć parę słów o tym, co innego eurowizyjny Mikołaj nam w grudniowej porze przyniósł…

Mimo że przez ostatni miesiąc nie mieliśmy większych selekcyjnych wydarzeń, w świecie Eurowizji działo się całkiem sporo. Mieliśmy okazję śledzić castingi zarówno piosenek jak i kandydatów na reprezentantów w kilku krajach. Co więcej, poznaliśmy kolejną piosenkę!

Poznaliśmy konkursową propozycję nie byle jaką, bo holenderską. Wiele się od niej wymagało, bo jak dobrze wiemy kraj ten w ostatnich dwóch latach zawiesił poprzeczkę wysoko. Dla siebie jak i całej reszty Europy przy okazji. Premiera  piosenki ‘Walk Along’ w wykonaniu Trijntje Oosterhuis  była mocno wyczekiwanym wydarzeniem w eurowizyjnym światku. Emocje jakie wywołała były jeszcze gorętsze. Część fanów po pierwszym odsłuchaniu zaczęła wieścić zwycięstwo Niderlandów w nadchodzącym konkursie. Jest to dosyć realny scenariusz. Niektórzy byli jednak trochę zawiedzeni. Utworowi nie można zarzucić niskiego poziomu. Jednak nie jest to tak ambitna piosenka jak te z dwóch poprzednich latach. Można by powiedzieć że aż za nadto radiowa… Muszę powiedzieć że mnie przy trzecim odsłuchaniu zrobiło się słabo od do bólu repetetywnego’ łajajajajaj’. ‘Ją coś boli?’ spytał mój tato słysząc ‘Walk Along’…

W grudniu mieliśmy wysyp eurowizyjnych castingów: od tradycyjnych przesłuchań piosenek zgłoszonych do selekcji (Białoruś, Szwajcaria), przez idolowo-selekcyjny cypryjski misz-masz, po poszukiwanie ‘najlepszych głosów’ w Izraelu i Serbii. Jeśli chodzi o ten pierwszy rodzaj castingów, wyglądają one po prostu jak zwyczajne koncerty ‘plenerowe’, tyle że zamiast zgromadzonego tłumu ludzi, mieliśmy stoliki panelów jurorskich. Czasami jednak można wątpić w kompetencje członków jury. Zarówno na białoruskie jak i szwajcarskie jury mam śmiertelnego focha (i myślę że nie jestem w tym odosobniona). Kto to widział żeby najlepsze piosenki jakie były w stawce odrzucać? U naszych wschodnich sąsiadów ucierpiały cudownie psychodeliczne zombiaki, czyli Sweet Brains z piosenką Run Away. W sercu Alp pokrzywdzono Arbreshę i jej Same Star. Jak nie chcecie wygrać ESC to trudno, odrzucajcie dalej takie perełki…

Sweer Brains Run Away. Jak to określiła Kamila ‘Nie ma Mózgów z Białorusi, nie ma Białorusi’. Wielcy nieobecni Eurofestu. Próbowali jeszcze w Mołdawii. Niestety i tam nie wyszło

Arbresha Same Star

Cypr zaś to w tym roku temat dosyć ciekawy… Zapowiadali wielkie show, ‘Będziemy wzorować się na Melodifestivalen’ mówili… no cóż, ‘lekko’ im nie wyszło. Zamiast klimatu nowoczesnych zachodnich programów, mamy biednego ‘Idola’ z początków trzeciego tysiąclecia. Bez zbędnego przesadyzmu. Oglądając kolejne odcinki cypryjskich selekcji łapię się na tym że zapominam że mamy aktualnie rok 2014. Co najwyżej 2004. Albo 1994. Od pierwszych programów typu talent show , cypryjskie Eurovision Song Project odróżnia tylko to, że wokaliści zamiast coverów powszechnie znanych hitów wykonują własne piosenki przygotowane specjalnie na Eurowizję. Chociaż… to stwierdzenie nie jest jednak do końca prawdziwe. W pocztówkach mogliśmy doświadczyć próbek  wokalnych kandydatów na reprezentantów Cypru, wykonujących eurowizyjne hity z poprzednich lat. Wychodzi im to… śmiesznie. Mocno śmiesznie. Żeby nie użyć mocniejszych słów. Połowa piosenek ‘premierowych’ jest nie lepsza. Aż pozwolę sobie zaprezentować jednego z moich ulubieńców i jego próbę dorównani rumuńskiemu Cezarowi. Nie powiem, zdarzyło się tam jednak parę przyzwoitych piosenek – jest jakaś szansa na zacny eurowizyjny utwór pochodzący z tego wyspiarskiego kraju.

Nicolas Leventis  ‘Chlomi Selini’ – to się nazywa mocny wokal

https://www.youtube.com/watch?v=51ztk1sqltk

Szczególnie udane na Cyprze są momenty w których  jury próbuje mówić po angielsku. Te ‘wyszukane’ wyrażenia nie wykraczające nad poziom ‘You have nice song’. Ten akcent. Te językowe kwiatki w stylu Eurovision Song KONTEKST. Dla takich fragmentów naprawdę warto oglądać.

Niektóre kraje nie skupiają się (jeszcze albo wogóle) na wyborze eurowizyjnej piosenki, a najważniejszy dla nich jest GŁOS. Tak więc w Serbii przeprowadzono casting w którym wyłoniono najlepsze, zdaniem Vladimira Graica dwie wokalistki, które stanowić mają połowę stawki we właściwych serbskich selekcjach. Przypomnijmy że Graic jest autorem Molitvy, zwycięskiej eurowizyjnej piosenki z 2007 r. Podobnie jak na Cyprze, zostaliśmy przeniesieni do telewizyjnej przeszłości. Tym razem program najbardziej kojarzył się z ‘Jeden z Dziesięciu’. O dziewczynach które awansowały mogę powiedzieć tyle: całkiem niezłe, jedna idealna do rockowego kawałka, druga do etnicznej ballady, Zobaczymy co Graic dla nich szykuje.

Po tych jakże zaawansowanych technicznie selekcjach, byłam już chyba do tego stopnia załamana, że nie było mi spieszno do oglądania następnych. Bo co dalej? Powrót do czarno-białej telewizji? A może od razu do kina niemego? No więc włączam ten Izrael. Tam się nie patyczkują, po co męczyć się z selekcjami jak można od razu zwycięzcę popularnego talent show reprezentantem zrobić. No i patrzę, format jakiś dziwny, po raz pierwszy o takim słyszę, podobno ich autorski iiii… oniemiałam! Tak, to jest to!

Zacznijmy od początku. Jestem personą która raczej nie ogląda i nie zachwyca się tymi wszystkimi ‘Mam Talent, Głos, Muzykę lub też Jestem Gwiazdą i Tańczę na Lodzie’. Jednak ‘Wschodząca Gwiazda’ oczarowała mnie na tyle że dosłownie na raz obejrzałam wszystkie zaległe odcinki (byłam trochę do tyłu) a jak brakło to odnalazłam amerykańską wersję i również zaczęłam pochłaniać! Tak, tak, Amerykanie już zapożyczyli izraelski format (niestety ta wersja jest już trochę irytująca, bo tam nie ma uczestnika bez płaczliwej historii), tylko czekać aż pojawi się w Polsce. Co mnie urzekło w tym programie, mimo że wokale (niestety) w większości mistrzowskie nie są, a hebrajskiego ni w ząb nie rozumiem? To zasługa jury, prowadzących trochę też oraz dużą robotę robi również słynny Ekran. To przed nim stają uczestnicy, licząc na to że zdobędą 70 % poparcia. Publika głosuje za pomocą specjalnej aplikacji na smartfony. Do tego dochodzi zdanie czterech jurorów. Każdy z nich głosujący ‘na tak’ to 10 % poparcia więcej.  Po osiągnięciu wymaganego progu magicznej siedemdziesiątki, ekran rozbłyska, podnosi, a rozpłakani zazwyczaj ze szczęścia uczestnicy przechodzą do następnego etapu. Muszę przyznać że jest to naprawdę całkiem emocjonujące. Jak już wspominałam, jury dodaje emocji (wśród nich jak zwykle nieziemsko przystojny Harel Skaat). Z racji tego że przez większość czasu są odseparowani od uczestników, nie przejmują się byciem sztucznie miłym tylko na przemian kłócą się, wyzywają, przytulają się, tańczą, a nawet całują! I to oczywiście… w obrębie tej samej płci! Prowadzący im wtórują , a przy okazji wyglądają jak typowa holywoodzka para (dla odmiany prowadzący z USA na przykład bardziej przypomina typowego nerda). A żebyście widzieli cudowną minę zażenowania Harela kiedy usłyszał zmasakrowaną eurowizyjną ‘OPĘ’. Dosłownie rozpłynęłam się od nadmiaru słodkości….

Kilku czytelników wypowiedziało się na temat coraz popularniejszych selekcji w stylu talent show. Anita starała się nam odpowiedzieć na pytanie czy talent show mogą być bardziej interesujące dla typowego eurowizjomaniaka niż tradycyjne selekcje:

‚Wybór reprezentanta przez talent show może być interesujący. Na pewno pobudza to pewnego rodzaju machinę eurowizyjną w danym kraju. Jednak dla przeciętnego fana Eurowizji  nie ma dużego znaczenia jak wybierany jest reprezentant w danym, czasem egzotycznym dla delikwenta kraju( liczy się “maj”). Osobiście wole tradycyjne selekcje, bez nadmiaru łez i cierpienia  takie jakie  często widzi,y w 987 edycji  ‘Jak oni fałszują’, albo’ Ju kient sing’).’

Karol zauważa że talent show mógłby być dobrym rozwiązaniem dla Polski w kwestii ESC:

‚Litwa – drugi rok rozbudowanego maratonu preselekcyjnego, Cypr – ESP z rundami eliminacyjnymi i wiele innych przykładów; rozwiązań tego jak można wskazać reprezentanta. Wkurza mnie polska krótkowzroczność w tym wymiarze. Programy typu talent show, tworzone by wybrać artystę na konkurs – televoting to przecież źródło pieniędzy a także część ramówki programowej. Jest tyle opcji! Tymczasem w Polsce powtarza się tylko schematy, które jedyne co nam dają to awans do finału od czasu do czasu.’

Tyle jeśli chodzi o castingowy grudzień. Dopiero pod koniec miesiąca doczekaliśmy się porządnych selekcyjnych eventów. Wszyscy się stęskniliśmy, prawda?

Drugi Dzień Świąt przyniósł nam selekcje Eurofest, białoruskie show które w ostatnim  czasie zasłynęło chyba  najbardziej tym, że rzadko kiedy zwycięska piosenka trafia ostatecznie na Eurowizję (akurat w 2014 jak mi się białoruska piosenka wybitnie nie podobała to postanowili  jej nie zmieniać, peszek). Sytuację naszego wschodniego sąsiada omówił nam w skrócie Michał:

‚Słyszę Białoruś – myślę Łukaszenko. I chyba tak samo jest z Eurowizją. Nigdy jakoś nie śledziłem tamtejszych preselekcji – zbyt dużo zależy tam od gustu miłościwie panującego najważniejszego z jurorów, niż od widzów. Pamiętam 2011 rok, kiedy prezydent zażądał czegoś patriotycznego. I tak wybrana została piosenka „Born in Belarrussia”, która w niewyjaśnionych okolicznościach przepoczwarzyła się w „I love Belarus”. Komiczny utwór, prosty jak konstrukcja cepa. Choć w ucho wpadał, Białorusi nie pokochałem. Osobiście białoruskich piosenek zwykle nie kupuję, ale dobrze mi się kojarzą utwory z 2005 i 2007. Ciekawy był również koncept z 2013, chociaż spóźniony o jakieś 10 lat.’

Michał przy okazji donosi  nam o sytuacji nagłówkowej na Białorusi:  ‘Eurowizja wygrała z nadaniem Łukaszence tytułu polityka roku przez rosyjskie wiadomości (ESC pierwszy headline , Łukaszenko dopiero drugi)!

Nie spodziewałam się po Białorusi jakiegoś WOW, więc zazwyczaj jak to w takich przypadkach bywa, doznałam ciężkiego szoku – podobnie jak przy izraelskim ‘The Rising Star’. Tu nie format mnie zachwycił, a muzyczny poziom. Organizacyjnie też dali radę. Zastosowano fajny pomysł na pocztówki w formie komiksów, może nikt nie będzie pamiętał że prawie takie same miała Szwecja w 2010 r.

Jak się okazało Białoruś zaserwowała nam całą masę dobrych piosenek, stanowiły one grubo ponad połowę stawki: My Dreams (panie kiecki do występu zarąbały Marii Yaremchuk) I believe in a miracle, Summer Love, Supernova, Fighter, Drive, Giving Up Your Love. We wszystkich tych piosenkach jednak wypadałoby popracować nad wokalami i/lub podrasować podkład dźwiękowy. Ale jedno wykonanie było perfekcyjne: Don’t save my name w wykonaniu Anastasii Malashkevich. Piosenka zajęła ostatecznie zasłużone drugie miejsce.

Oczywiście trafiał się również jeden nudnawy patetyk (Angel), kilka killerów dla uszu: Love is my color, Electric Toys (tego się na prawdę nie dało słuchać) oraz Stand as One (ale przynajmniej wykonawca był nieziemsko przystojny).

Mieliśmy również jedno totalne szaleństwo Only dance w wykonaniu zespołu Muzzart– do takich ‘hitów’ eurowizjomaniacy na imprezach będą się bawić najlepiej… To jest tak głupio-straszne że aż fajne… Coś dla miłośników ruskiego disco. Co więcej, jak się okazało grupa Muzzart miała jakieś układy z białoruskim nadawcą – fragment ich utworu był puszczany w każdej przerwie rekalamowej. Przypadek? Nie sądzę. Dziwnym trafem ‘Only dance’ zdobyło 12 punktów w głosowaniu  widzów…

Selekcje te również doczekały się wielkich przegranych. Przed selekcjami – wielkie faworytki, girlsband Milki. Grupa stworzona  przez Aleksandra Rybaka, rekordowego zwycięzcę Eurowizji pochodzenia białoruskiego. Skomponował on dla nich również piosenkę: Accent. To niesamowicie pozytywne pomieszanie z poplątaniem Słowianek, Babuszek (te zostało nawet wspomniane przy pocztówce) z ruskim disco. Absolutnie rewelacyjne! Rybak wykonał kawał dobrej roboty przy tworzeniu tej piosenki.  Okazało się jednak, że dla jurorów to było za mało. W ich głosowaniu ‘Rybaczki’ zdobyły dopiero piąte miejsce. No i zrobiła się afera. Jak się okazało członkowie jury podobno ‘obiecali’ Rybakowi zwycięstwo. A tu taki surprise. Nie zagłosowali oni ani na wielkiego zwycięzcę ESC, ani nawet na pupilków telewizji BTRC… Jury na Białorusi nagle stało się niepokorne! Trzecia pod rząd porażka Rybaka jako kompozytora. Twierdzi że nie ma ochoty już więcej w ten sposób walczyć o Eurowizję. Czy dotrzyma słowa? Czas pokaże.

Zatriumfowali Uzari oraz Maimuna, rewelacyjny wokalista w towarzystwie bardzo utalentowanej skrzypaczki. Co ciekawe wielu fanów trzymało przed selekcjami za nich kciuki, lecz niewielu z nich wierzyło że przebiją się przez mur skorumpowanego jury… Jak widać cuda się zdarzają! Piosenka Time niesamowicie wciąga. Kiedy usłyszałam ją w wersji live zostałam zaczarowana. Magia skrzypiec jest jednak ogromna.  Time to pierwsza od lat białoruska propozycja która ma realne szansę na osiągnięcie dobrego wyniku. Jest tylko jedno ‘ale’. Piosenka zawsze może zostać jeszcze zmieniona… Szczerze mówię temu procederowi ‘NIE’!

W finale został nam zaserwowany ciekawy Interval Act w którym wystąpili… wykonawcy odrzuceni w castingach! To je Białoruś, teho ne ogarniem. Niestety zabrakło Zombiaków, jednak większość piosenek tam zeprezentowanych była naprawdę niezła! Oj mieli w czym wybierać

Podawanie wyników jury ponoć były ekscytujące. Ponoć. Nie widziałam. Bo z niewiadomych przyczyn na streamie załączył mi się wywiad z jakimś starym dziadkiem. Zanim zdołałam znaleźć lepszą transmisję to był już ketchup po frytkach. Jak już wcześniej wspomniałam, ostateczny rezultat był na tyle szokujący, że zrekompensował mi wszelakie problemy techniczne. Oby tak dalej – Biała Rosjo!

Zwycięzcy: Uzari & Maimuna – Time

https://www.youtube.com/watch?v=vQubfgjWIzA

Milki – Accent

Po emocjonującej i zaskakującej Białorusi przyszło mi się zmierzyć z jedną z większych legend eurowizyjnego świata. Festivali i Këngës to jedne z nielicznych selekcji którym przygrywa żywa orkiestra, a co więcej format od lat pozostaje praktycznie niezmienny. Dla wielu fanów oglądanie FiKu jest świąteczną tradycją. Niż dziwnego że na te selekcje właśnie wyczekiwałam z niecierpliwością…

O FiKu postanowił opowiedzieć nam Adam:

Festivali i Këngës to dosyć interesujące preselekcje, a właściwie… festiwal. Oglądam niemal co roku i zastanawiam się czy dążąc do nowoczesności nie traci sporo ze swojego charakteru… ale mniejsza z tym. Co roku scenariusz jest taki sam – w Tiranie odbywa się konkurs, a zwycięzca jedzie na Eurowizję. I nawet jeżeli jury wybierze „najgorszą z najgorszych”-  piosenkę miksuje się tak by była znośna i nie było wstyd jej pokazać na międzynarodowej arenie. To, że piosenka brzmi bardzo podobnie do wersji wybranej w czasie FiK zaliczyć można do rzadkości, chociaż zdarzają się i takie przypadki (szczególnie gdy utwór zalicza się do przyzwoitych, np. „Kenga ime” Aureli Gace). FiK ma sporo wspólnego z włoskim Sanremo – chociażby to, że jest orkiestra, jest gadanie, są gwiazdy młode i gwiazdy stare (czasami bardzo stare). Mam jednak wrażenie, że w FiK wiele piosenek brzmi tak samo i w przeciwieństwie do Sanremo – różnorodność muzyczna jest po prostu mniejsza. Kilka lat temu było inaczej, stąd moje wcześniejsze zdanie, że FiK stracił nieco na charakterze. FiK nieodłącznie kojarzy mi się także z inną rzeczą – techniką. Szczególnie fascynująca była co roku tablica wyników, w której pojawiała się masa błędów, a punkty wpisywane były ręcznie po tym jak odczytał je członek jury. Trzeba jednak przyznać, że technika w Albanii idzie do przodu i z ciekawością zobaczę jak będzie wyglądała tablica wyników w tym roku.

Muszę powiedzieć że FiK niestety mnie rozczarował. Liczyłam na sporo smaczków związanych z archaiczną techniką, a okazało się że w tym roku (niestety!) tak źle nie jest. Ale rewelacji też nie było.  Mnóstwo gadania, irytujący prowadzący, który myślał że potrafi być śmieszny. Naprawdę tylko on tak sądził. Nawet marynarki jak należy zdjąć nie potrafił. Chyba próbował przebić Dimę Bilana w ściąganiu wdzianka. Bo Piaska przebił na pewno.

Finał otworzyły, jak to określił Łukasz ‘albańskie Timotejki’. Rybak miał równiez wystąpić. Nie dotarł. Leczył smutki po białoruskiej porażce. Momentami w trochę niedelikatny sposób. If you know what I mean. If you don’t know, to napiszę. Po prostu publicznie (co gorsza, internetowo!) wygarnął jurorom że nie poparli go chociaż obiecali! Hmmm, tupecik. W jednym z półfinałów wystąpiła Aurela Gaçe. Trochę się jej postarzało od 2011, szkoda też że zrezygnowała z ognistej czerwieni na głowie… Za to jaki kawał głosu ma ta kobieta! Umarłego z grobu dałaby radę poderwać! W finale w intervalu również wystąpili wyleminowani w półfinale wykonawcy. Nowa moda w eurowizyjnym świecie? Dotrze do Wiednia? Wtedy Polskę na sto procent w finale zobaczymy.

Pierwsze piosenki … o boszszsz… no ciężko było przez nie przebrnąć. Zwłaszcza jak się właśnie wyłączyło rewelacyjną Białoruś (aż nie do wiary, w tym kraju takie cuda…). Na początek dali koszmarki ale im dalej, tym bardziej wyrafinowane muzyczne dania nam serwowano.  Mieliśmy kilku dziadków (wszyscy trafili do finału), w tym jeden z nich ledwo zipiał nie wspominając o śpiewaniu. Poszła fama że jest faworytem jury (wiadomo, to jest Albania, tu wszystko się może zdarzyć). Połowa oglądających FiK na tą wieść prawie doznała zawału razem z dziadkiem. Inny zaprezentował żarliwą balladę o własnym biednym kraju. Prawdopodobieństwo że wygra również było całkiem spore. Mieliśmy też nieziemsko fałszującego pana w okropnym zielonym kubraczku, pseudorock śpiewany przez pseudoksiędza, pseudometal śpiewany przez czerwonowłosego dziadka (który na końcu zaskakująco otarł się o zwycięstwo), folkowy rap, czy też rewelacyjny funkowo-etniczny kawałek… oprócz tego było całkiem sporo niezłych festiwalowych piosenek, głównie śpiewanych przez kobiety…

To właśnie kobiety były głównymi faworytkami do wygrania festiwalu. Lindita Halimi, Venera Lumani, Erga Halilaj, Rezarta Smaja, Elhaida Dani. Odkąd poznaliśmy wszystkie utwory, oczywiste wydawało się to, że jedna z nich sięgnie po festiwalowe Grand Prix. Bez większego zaskoczenia wygrała ostatnia z nich. Elhaida nie była jednak wymarzoną reprezentantką Albanii dla większości eurowizjomaniaków. Najbardziej oczekiwano zwycięstwa Lindity lub Venery. Ta pierwsza to typowa ‘labadziara’, a jej piosenka po delikatnym  podrasowaniu byłaby rewelacyjnym elektronicznym kawałkiem. Venera z kolei zaprezentowała mocną balladę, a w mojej opinii jedyną w całych albańskich selekcjach piosenkę która w niezmienionej formie miałaby szansę na eurowizyjny sukces. Elhaida ma kawał głosu, ale piosenka koniecznie musi doświadczyć kilku porządnych poprawek. Oby nie skończyło się jak rok temu, kiedy to poprawki przyniosły tylko jeszcze gorszy skutek…

Oto zwyciężczyni Elhaida Dani i jej Diell. Ciekawostka – jej piosenkę współtworzyła Polka, Viola Trębicka.

Lindita Halimi S’të fal

Venera Lumani  Dua te jetoj

Grudzień się kończy, a to oznacza jedno: sezon selekcyjny rozkręca się na dobre! Jesteście już zwarci i gotowi?

Wasza HoSanna

Poprzedni artykułTo był udany rok dla Polski!
Następny artykułFinał w Słowenii 28 lutego
Aleksandra Wąsek
Urodzona w roku debiutu i największego sukcesu Polski na Eurowizji. Konkurs ogląda nieprzerwanie od 2003 roku, prawdziwą psychofanką stała się pięć lat później. Eurowizyjne utwory które najbardziej ceni to te nieszablonowe, choć ma też słabość do tradycyjnych bałkańskich brzmień. Jej ulubioną konkursową piosenką od lat jest 'My Star' grupy Brainstorm, a w pracy redaktorskiej patronuje jej... Sanna Nielsen. Członek eurowizja.org od 2014 roku, znana jest głównie z selekcyjnych felietonów.