Odcinek 7: Selekcje od kuchni, czyli jak to jest siedzieć na widowni…

W życiu każdego eurowizjo jak i selekcjomaniaka przychodzi taki czas, w którym zapada decyzja: to jest odpowiedni moment! Czas porzucić na chwilę telewizyjne oraz internetowe eventy – na rzecz tych na żywo! HoSanna postanowiła, że czas to odpowiedni – spakowała walizki i wyruszała do Malmö. Trudno domyśleć się czemu wybrała taki a nie inny rok na nawiedzenie Melodifestivalen?

Selekcje szwedzkie, jak już było tutaj wspomniane, należą do grona najulubieńszych wśród fanów ESC. Ceni się je nie tylko za natłok szlagierów (swoją drogą jak typowy szlagier wygrywa, to się robi larum, że wstyd coś takiego na Eurowizję wysłać, a i tak wszyscy nałogowo  tego słuchają), ale także za dobrze zrealizowaną, przezabawną oprawę, która do telewizora przyciągnąć może każdego, nawet najbardziej opornego widza. Wszystko wyreżyserowane jest do co ułamków sekundy. Czy tak perfekcyjne widowisko telewizyjne na żywo może wyglądać lepiej? HoSanna Wam mówi – MOŻE! Chociaż sama się do końca tego nie spodziewała.

Moją melodifestiwalową przygodę opiszę Wam od samiutkiego początku. Decyzja o wyjeździe do Szwecji została podjęta dość spontanicznie, w grudniu. Pomimo tego, że trochę czasu zdążyło minąć od rozpoczęcia sprzedaży, zdobycie biletów na półfinały nie było rzeczą trudną. Oczywiście miejsca na płycie były już niemal całkowicie wykupione, jednak na nieco wyższy sektor nie było żadnego problemu się dostać. Wylądowałam więc w połowie wysokości trybun, w tylnej części hali. Patrząc na telewizyjne ujęcia Malmö Areny spodziewałam się, że z mojego miejsca niewiele zobaczę. A tu surprise! Pierwszy rzeczowy dowód na to że telewizja kłamie! Albowiem obiekt, który mieścił zeszłoroczną Eurowizję, tak naprawdę jest bardzo malutki i przytulny… Widoczność – idealna. Po obu stronach sceny telebimy na bieżąco ukazujące to co oglądają widzowie SVT. Nie jeden raz patrząc na nie przez głowę przechodziła mi myśl: ‘Jak oni mało widzą…’. Każdy kij ma dwa końce, od teraz nie będę mogła normalnie obejrzeć MF bez myśli, ile tracę nie siedząc na widowni.

W Malmö Arenie oczywiście kupić można było masę przeróżniastych świecących, błyszczących i jaskrawych rekwizytów. Do wyboru były nawet migające irokezy, czy różowe mopy(!). Ceny oczywiście z najwyższej półki. Chcąc trochę oszczędzić  zakupiłam część swoich rekwizytów już w Polsce. Chciałam być oryginalna, nie wyszło… Czy wiedzieliście, że w Polsce spokojnie kupić można bazowy zestaw fana MF? O ile różowe boa faktycznie jest dosyć standardowym rekwizytem, to jednak zakup w naszym rodzinnym kraju identycznego kapelusza, jaki miała na sobie połowa areny w Szwecji, jest faktem zadziwiającym! Co zaoszczędziłam na podstawach, postanowiłam wydać na oryginalną melodifestiwalową koszulkę. Kompletny zestaw załączony poniżej.

Ps. Pióra ze wszystkich fanowskich boa jeszcze przez całą niedzielę przewalały się po całym Malmö. Jakby ktoś chciał, na tej podstawie mógłby przeprowadzić specjalne badania na temat, w którą stronę najczęściej idą widzowie z hali…

Malmö Arena położona jest koło olbrzymiego centrum handlowego,  Emporii. Rok temu zapewne fani ESC mieli niezły ubaw: Emporia/Euphoria, hahahahha… Przed rozpoczęciem półfinału spotkać tam można było wielu ludzi wybierających się na MF. Średnia wieku może i była zachowana koło dwudziestu, jedynie tylko dlatego, że wiek dzieci równoważył wiek rodziców… Czułam się jak w przedszkolu. Nie ma żadnego przesadyzmu w tym, że Melodifetsivalen jest imprezą rodzinną. Niestety na hali też dało się to odczuć. Zgromadzeni tam ludzie traktowali MF jak seans filmowy. Niektórzy mieli nawet popcorn. Zero emocji na twarzach. Widok studentek piszczących i cieszących się jak głupie z każdej piosenki wydawał się im być niemal egzotyczny. Szwedzi zazwyczaj są dosyć opanowanym narodem, nie dziwię się więc zbytnio temu. Nieco lepiej sytuacja wyglądała na płycie, widać było że ludzie tam zgromadzeni czerpią z widowiska dużo więcej frajdy. Co zresztą zauważyć można było chociażby na ekranach telewizorów.  Srebrne pompony dostawali tylko i wyłącznie widzowie z pierwszych rzędów. Przy odpowiednim ujęciu wyglądało to tak, jakby machała nimi cała arena – kolejne telewizyjne kłamstewko.

Scena nie podobała mi się, gdy miałam okazję widzieć ją w trakcie pierwszego półfinału. Na żywo mnie zachwyciła. Wiszące prostokąty, których przeznaczenia nie rozumiałam wcześniej, okazały się tworzyć  niesamowity klimat. Wokół hali zamontowano wąski pasek ekranów LED. Nie zawsze był załączany, kiedy jednak już pojawiały się na nim wizualizacje, były one na tyle ciekawe, że nie raz łapałam się na tym że gapię się na na nie, zamiast na to ci się dzieje na scenie (szczególnie przy piosence ‘Groupie’, o tym jednak później).  Rząd lampek ułożony na kształt drogi, w rzeczywistości jest dużo krótszy, niż wydawałoby się to oglądając nagrania z występów. Kłamstewko telewizyjne nr 3.

Piosenki jak i wyniki drugiego półfinału MF zaliczyć można jako dobre. Wszystkie smęty i przynudzacze (które i tak prezentowały wysoki poziom), pożegnały się z MF, zajmując miejsca 5-7. Kopiujący Ems z Lasu oraz rozgrzewający do czerwoności halę Samir & Viktor trafili do Andra Chancen (dobrze, że w tym roku Andra wyłoni dwa razy więcej finalistów niż zwykle, bo naprawdę ciężko wskazać piosenki które miałyby odpaść). Wspomniany przez mnie duet S&V miał tak wkręcającą piosenkę, że po paru dźwiękach można było śpiewać razem z nimi (pal sześć że tekst po szwedzku i nie zna się całej piosenki). Show również mieli niesamowicie dopracowane, łącznie ze wspomnianymi wizualizacjami wokół areny. Sądząc po reakcjach areny, myślałam że to oni właśnie awansują do finału. W przekonaniu zaczęli mnie utwierdzać techniczni, którzy w trakcie ogłaszania wyników wnieśli na scenę pudełka charakterystyczne dla występu do Groupie. Okazało się jednak, że był to fałszywy alarm. Do finału awansowali: znany były członek formacji Alcazar, Magnus Carlsson (śpiewający najbardziej szwedzki szlagier jak tylko to jest możliwe) oraz Mariette z piosenką Don’t Stop Believing. Jak mnie pytacie o zdanie, to dziewoja już wygrała MF. A może i nie tylko… Sposobem bycia przypomina królową Loreen, a piosenkę również ma bardzo mocną. Performance również niczego sobie. Na daną chwilę nie ma nikogo kto mógłby ją pokonać. Czy faworyzowanemu Månsowi Zelmerlöwowi uda się ją pobić? A może ktoś jeszcze nas zaskoczy? Podobno w następnym półfinale pojawić się ma nawoływacz reniferów…

Następne akapity zawierać będzie opis tego czego w telewizji zobaczyć się nie da. Zaczynając od początku, przed rozpoczęciem półfinału DJ-e zapuszczają największe melodifestivalowe hity. Pojawia się znana fanom postać, Henric Von Zweigbergk (ten siwy dziadziuś, który jest reżyserem MF od wielu lat), tłumacząc widowni co wolno, czego nie wolno (nie można kamerować i tego upubliczniać i takie tam inne pierdoły). Persona ta wcale nie znika gdzieś w realizatorce, ale cały czas, jak się okazuje przebywa na scenie, albo w jej okolicy. Dosłownie spaceruje sobie zaraz za kamerami wydając polecenia. W czasie występu Samira i Viktora mogli zobaczyć go nawet telewizyjni widzowie. Trzeba pamiętać że on cały czas tam jest i włóczy się jak cień… Nic nie ujdzie jego uwadze… Duch MF…

W czasie MF pojawia się mnóstwo śmiesznych filmików – w tym tygodniu były to bezkonkurencyjne  nagrania z Filipą Bark próbującą stworzyć nowe logo MF z Mel C i lady Di festujących w Waleniu; byłym prowadzącym z 2003 wyciągającym składniki do latte z tylnej części spodni czy też rap wyśmiewający miejscowość Åkarp, z której pochodzi jeden z tegorocznych prowadzących, Robin Paulsson. Åkarp, w którym żaden pociąg nie staje, a Måns  Zelmerlöw jeździ na rowerze. Kupa śmiechu, co jednak dzieje się wtedy w Arenie? Prowadzący sobie tańczą, żartują między sobą – widać że jest to dla nich zabawa, nie przykry obowiązek, a Henric chodzi po widowni i wydaje polecenia. Jeśli filmikowe żarty są odpowiednio śmieszne hala wybucha śmiechem. Jednak to uczucie, że ktoś teraz ogląda to wszystko na telewizorze, patrzy na to czego jesteś częścią, właśnie wtedy jest najbardziej niesamowicie. Nie do opisania. Czujesz się poza tym wszystkim, a jednocześnie jesteś częścią tego wszystkiego. Obserwujesz jak zza kulis – to porówanie wydaje się być najtrafniejsze. Najbardziej jednak zafascynowało mnie to, w jaki sposób rekwizyty pojawiają się i znikają ze sceny. Grupa technicznych w czasie pocztówek biega po scenie ciągle coś ustawiając, włączając, wyłączając, montując… Czasami im się zdarzy wbiegnąć na scenę nawet w czasie występu. W telewizji oczywiście, dzięki sprytnej pracy kamer nikt niczego nie widzi. Znika i pojawia się samo – pure magic. Jak dla mnie wieczór wygrał występ do linusowego Forever Starts Today – bębniarze idący rządkiem za kamerzystą, pojawiający się na ekranie po zrobieniu przez niego pełnego koła wokół wokalisty. Aranżacja tego momentu to czysta perfekcja! A to że statyści śmiesznie wyglądali drepcąc za kamerzystą to inna sprawa.

Na żywo wszystkie piosenki brzmiały tak, że dosłownie wbijało w fotel. Zapewne sprawka to dobrej akustyki, jaką obdarzona jest Malmö Arena.  Show, pomimo tego, że na scenie cały czas pętali się techniczni i kamerzyści, na żywo wyglądało znacznie lepiej. Powiewające materiały  i wygaszone światła w występie Mariette, szaleństwo na scenie przy szybszych kawałkach… Magia/energia naprawdę się udzielała. Najbardziej urzekł mnie opening, w którym prowadzący: Sanna oraz Robin, śpiewają – ‘Co mogłoby pójść źle’? Oczywiście źle idzie wszystko. W co bardziej pikantniejszych fragmentach Robin pojawia się w samej bieliźnie, a Sanna ląduje kroczem na twarzy jednego z tancerzy. W telewizji oczywiście zauważyć można było zamierzony zamęt panujący na scenie. Na żywo bałagan dało się jeszcze mocniej odczuć. Mimo tego że nie za bardzo rozumiałam tekst piosenki, to samo show wyciskało ze mnie pokłady śmiechu. Sanna, o którą się przed MF trochę obawiałam, okazała się być świetną aktorką, mającą spory dystans do samej siebie. Nad strojami mogłaby jeszcze troszkę popracować -zawsze ciężko u niej było o taki dobór ubrań i makijażu, żeby nie wyglądała na wczesną czterdziestkę. Momentami jednak udaje jej się dobijać do, bardziej jej wskazanej, późnej dwudziestki.

Niestety każde, nawet najbardziej zachwycające wydarzenie, musi kiedyś dobiec końca…  Tak było również w przypadku MF. Oczarowana nie mogłam dojść do siebie. Dobrze że w Szwecji istnieją kluby, w których puszcza się tylko i wyłącznie melodifestiwalowe szlagiery… Inaczej ciężko by było od razu powrócić do szarej rzeczywistości. Malmö nie pozwalało zapomnieć, wszystkie znalezione gazety na pierwszych stronach miały zdjęcia z MF…

 

 

Nie samym Melodifestivalen człowiek żyje. We Włoszech albowiem działo się coś, obok czego przejść obojętnie nie sposób, oraz opisać warto. San Remo się stało! Czapki z głów i pokłony dla tego Festiwalu przez duże F. Jakby ktoś nie pamiętał, San Remo to starszy brat naszej ukochanej Eurowizji.  Tak się już dzieje ułożyło, że dzisiaj pełni podrzędną rolę względem starszej siostry.

San Remo ma w sobie niesamowity urok, nie tylko zasługa to języka (włoski to jeden z najpiękniejszych sposobów mowy na świecie) ale i również tego że Włosi nie kopiują nikogo i robią San Remo po swojemu. Wybór reprezentanta na Eurowizję pełni w tym wszystkim drugorzędną rolę. Nie ma co ukrywać – ESC dla większości Włochów jest kompletnie nieistotną sprawą.

Poniższy opis dotyczy przede wszystkich dwóch (na pięć) Serat tegorocznego SR. Pewne tendencje jednak pozostają, założyć możemy więc, że podobnie było również w kolejne wieczory.

Na scenie w niemalże wszystkich przypadkach nie uświadczymy żadnych szopek (tylko jeden duet przyprowadził sobie na scenę orkiestrę dętą). Można się naprawdę skupić na piosenkach, nie na ozdobnikach. To jest prawdziwe miejsce w którym muzyka broni się sama. Piosenki na San Remo są niesamowicie klimatyczne. Oczywiście jest to również zasługa żywej  orkiestry. Przenosimy się w jakby odległy muzycznie świat względem tego co słuchamy na co dzień.

Muszę to powiedzieć! O ile tydzień temu twierdziłam że Duńczycy mają wyrąbistą w kosmos scenę, to Włosi przebili ich kompletnie! Ta scena się nawet ruszała!

Wśród prowadzących: Emma Marone i Arisa.  Jedna trafiła na Eurowizję, druga wygrała poprzednie San Remo. Czy gdyby zwyciężczyni festiwalu trafiła na ESC skończyłoby się dla Włoch lepszym wynikiem niż 21 miejsce?

Emma niestety miała skłonność do zakładania strojów kompletnie nie pasujących do jej figury. Zamiast ponętnie, wyglądała jak zawinięty baleronik , przez co kiepskawo prezentowała się na tle reszty prowadzących, a szczególnie jakieś szczuplutkiej włoskiej lalusi (są Włochy, to piękna kobieta musi być). Raz jednak założyła garnitur wyglądała REWELACYJNIE. Arisa zaś zachwycała oryginalnymi kreacjami. Nie jedna prowadząca powinna się od niej uczyć jak wyglądać elegancko, ciekawie, a jednocześnie nie koniecznie podążać za pewnymi schematami.

Włosi są dosyć nieprzewidywalni, skutkiem czego nigdy nie można było być pewnym, co się za chwilę wydarzy. Prezentacja piosenek często była przerywana gadanymi, śpiewanymi, kabaretowymi czy czasem nawet tańczonymi intervalami. Wśród gości między innymi: Al Bano i Romina Power, Conchita Wurst, Imagine Dragons czy Charlize Theron. A to tylko w dwa wieczory….Nie obce jest mówienie w czasie San Remo o sprawach lubieżnych… Ach ci Włosi!

W tegorocznym San Remo startowali między innymi: Nina Zilli, Raf czy Lara Fabian. Zachwyt wśród fanów wzbudził Nek.  Niestety cały festiwal wygrał najbardziej patetyczny, kiczowaty i przesadzony utwór, jaki tylko mógłby się we Włoszech trafić. Przynajmniej jeśli chodzi o zdanie połowy fanów ESC.  Druga połowa rozpływa się na Il Volo, uważając ich już na daną chwilę za faworytów Eurowizji. Piosenka ‘Grande Amore’ już rozwala zakłady bukmacherskie. Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ja jednak nie jestem ucieszona perspektywą wygranej tej piosenki. A Nek był taki cudowny…

https://www.youtube.com/watch?v=x1-WBDlx_pc

Specjalnie do tego felietonu postanowiłam pociągnąć za język miłośników Włoch jak i San Remo. Giacomo odpowiedział mi na pytanie, czym jest ten festiwal dla prawdziwego miłośnika Włoch…

‘’Odpowiedź na pytanie „czym jest Sanremo dla italofila” wbrew pozorom wcale nie jest takie łatwe. Ilu italofilów tyle pewnie będzie opinii i odpowiedzi. Dla mnie osobiście to taka mała włoska eurowizja ale trochę taka lepsza bo z orkiestrą, która nadaje tej magii i smaczku. Zawsze byłem zainteresowany ‚co tam w Sanremo’ ale nigdy nie śledziłem festiwalu tak jak w tym roku. Wynika to pewnie z tego, że w tym roku w końcu rozumiałem o co biega i co mówią. Zdolność językowa przez ostatni rok widać podniosła się czego nawet niee byłem świadomy 🙂  Siedziałem (jak to się mówi) karnie (choć przecież z własnej woli) wszystkie 5 serat przed monitorem komputera. Niestety nie posiadam włoskiej telewizji więc musiałem skorzystać z dobrodziejstw techniki.

Zapoznawszy się wcześniej z piosenkami z konkursu dla „Giovani” od razu wpadła mi w ucho piosenka młodego o pięknym głosie, Giovanniego Caccamo „Ritornero’ da te”. Miałem więc już swojego faworyta w ‚giovani’. Okazało się, że w pięknym stylu wykosił wszystkich konkurentów i zwyciężył. Nie kryłem wielkiej satysfakcji, że choć w tym małym kawałku myślę podobnie jak Włosi.

Teraz należało tylko czekać na piosenki konkursowe. Byłem bardzo ciekawy powrotu po 18. latach mojego jednego z ulubionych włoskich piosenkarzy a mianowicie NEKa. I oczywiście ‚król’ (jak nazywaliśmy go w komentarzach na membersie) nie zawiódł. W iście cudownym, swoim stylu zaśpiewał wspaniałą piosenkę. Poczułem znów bliskość z włoskością. To na piosenkach NEKa szlifowałem swoje pierwsze słowa, zwroty po włosku. Jak dla mnie piosenka „Fatti avanti amore” mogłaby się nie kończyć. Ale skończyła się niestety i ogółem w konkursie uplasowała się na 2. miejscu (satysfakcja kolejna). Wygrało jak wiemy trio tenorowe i jadą na eurowizję.

Kolejnym elementem festiwalu, który poruszył we mnie pierwiastek italiański był występ gości a dokładniej Rominy i Al Bano. Ich muzyka zawsze była obecna z rodzinnym domu (mój ojciec bardzo ich lubił słuchać). Włosi podeszli z sentymentem do ich występu. I ja także (z własnych osobistych powodów). Piękny występ, który dał mi wiele zadowolenia i uśmiechu na twarzy. Wracam do tego występu na yt dość często.

Piękny festiwal 5ciu wieczorów tylko z włoską muzyką. To prawdziwa uczta bogów dla italofila. Nie mogę doczekać się oczywiście już eurowizji ale patrząc w przyszłość to czekam chyba już na 66 Festival di Sanremo.’’

 

Udało mi się przepytać o San Remo jeszcze jednego włochofila, jkb:

Sanremo to nie preselekcje! To pierwsze o czym należy wspomnieć w kontekście wyboru włoskiego reprezentanta na Eurowizję. Ten najstarszy muzyczny festiwal, na którym wzorowana była zresztą sama Eurowizja, do Europy kroczy bardzo pomału i dość niechętnie. W tym roku wątków eurowizyjnych była jednak rekordowa ilość. Występ Conchity Wurst, Emma jako prowadząca, udział wielu byłych włoskich reprezentantów nawiazania na konferencji prasowej oraz prowadzący Carlo Conti nucący Giorgio Lys Assii. Być może Sanremo powoli zmienia swoje oblicze? Nigdy nie był to wyłącznie festiwal piosenki. Swoją oglądalność zawdzięcza glownie wyjatkowej mieszance muzyki, polityki, humoru, znanych gości i skandalu, okraszonej elgancką oprawą we wloskim stylu. Nie brakowało tych elementów i w tym roku, choć co podkreślają media, po raz pierwszy od wielu lat to muzyka była na pierwszym planie. I to nie byle jaka. Uznani artyści, świetne glosy, dobre utwory. Mix wielkich nazwisk i świeżo upieczonych, choć profesjonalnych gwiazd talent-show. Malika Ayane, Nina Zilli, Nek, Irene Grandi, Annalisa to tylko niektóre z nazwisk, jakie wzbudziły najwięcej pozytywnych emocji wśród polskich fanów. Pozostaje wyłącznie jedno „ale”… Zwycięzca.

 

 

Co się działo w pozostałych krajach? Dwa finały narodowe po krótce opisał nam mój wierny pomocnik, Piotr: islandzkie SÖNGVAKEPPNI oraz serbskie OBROJAVANJE DO BECA

‘’Zdecydowałem, się obejrzeć kameralne preselekcje islandzkie, ponieważ spodziewałem się wysokiego poziomu. No i się nie przeliczyłem. Po półfinałach miałem kilku faworytów: dyskotekową formację Cadem, nowocześnie brzmiący Sunday, delikatną Elin czy bardzo przystojnego Fridrika. Wszystkie kompozycje moim zdaniem wybroniłyby się w Wiedniu. Jednakże preselekcje wygrała Maria Olaf, której utwór streściłbym w ciągle powtarzanym „Step in a time…” oraz „…Unbroken…”. Swoją chwytliwością piosenka przypomina mi „Only teardrops”, tak samo szybko się nudzi. A szkoda, bo Maria to bardzo utalentowana, młoda dziewczyna. Same preselekcje przebiegły dosyć sprawnie. Prowadzące były bardzo sympatyczne. Mimo, iż nie znam islandzkiego, rozumiałem żarty z filmików puszczanych w przerwach.

Obejrzałem tylko drugi wieczór preselekcji serbskich i było tak, jak myślałem – sporo gadania. Mimo wszystko podobało mi się, że wspomniano byłych reprezentantów. A część z nich wystąpiła również na scenie. Niestety jak na złość, stream zacinał mi się na wszystkich występach, mogłem obejrzeć tylko same rozmowy na kanapie. Co do utworu zwycięskiego nie mam pozytywnych odczuć – podobnie do pozostałej stawki konkursowej. Ze wszystkich utworów przelewał się niepotrzebny patos, który jest już znakiem rozpoznawczym kompozycji Grajica. Szkoda mi Bojany, ponieważ ma wielki talent, a poprzez śpiewanie piosenek w takiej stylistyce tylko go marnuje.’’

Ze swojej strony dodam: Islandia oraz reprezentująca ją Maria córka Olafa zapewne będzie faworytką do zajęcia wysokiego miejsca. Serbię zaś i jej reprezentantkę Bojanę Bóg broń przed śpiewaniem po angielsku! Czy wiecie że Serbia jest jedynym eurowizyjnym krajem,  który nigdy nie skalała się nieśpiewaniem w języku narodowym. Po cóż więc psuć taką piękną tradycję? Niestety rozwinęła się dyskusja o przetłumaczeniu tej piosenki przed ESC. Śmiem się na to nie zgodzić. Jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

Odnośnie serbskich selekcji – jak na warunki bałkański całkiem nieźle przygotowane. Usłyszeliśmy trzy piosenki przygotowane przez jednego kompozytora (podobny format jak w 2010 i 2011). Każdy występ okraszony był zacnym show, którego nie powstydziliby się chociażby uczestnicy MF. Pocztówki to mogliby jednak zrobić ciut lepsze. Pastelowe kolorki przywodziły na myśl bardziej jakiś stary program dla dzieci, a dżingiel żywcem wyjęto z ‘Jeden z dziesięciu’.  Pochwalić jednak trzeba Bałkany (całościowo) za polepszanie swoich widowisk z roku na rok.

 

W tym tygodniu kończą się dwa selekcyjne maratony. Oba żegnam z ukłuciem żalu w sercu. Zakładam, że pewnie jestem w tym smutku mniejszością – litewskie Eurovizjos jak i izraelskie Rising Star z nielicznymi wyjątkami nie cieszyły się jakąś wielką popularnością wśród fanów.

Izrael w ten wtorek zakończył swoją selekcyjną przygodę. Poznaliśmy zwycięzcę show, który w maju trafi do Wiednia. Został nim Nadav Guedj, pozytywnie nakręcony nastolatek (nie spodziewałam się że chłopak ma dopiero 16 lat!), obdarzony głosem godnym Justina Timberlake’a . Nadav i jego równie pozytywna mamuśka będą zapewne eurowizyjnymi maskotkami. Nie znamy jeszcze eurowizyjnego utworu (sam zainteresowany również o nim jeszcze nie myślał), ani żadnych szczegółów jego dotyczących, jednak sugerując się tym, co chłopak najczęściej w programie śpiewał, spodziewać się możemy… stylistyki Beyonce!

https://www.youtube.com/watch?v=QsQBkQuc_aw

Na drugim miejscu uplasował się zespół reggae Ikiego Levego. O mały włos nie skończyło się, hmmm, ciekawym eksperymentem eurowizyjnym Izraela. Nie sądzę jednak, że udanym. Czy Europa załapała by się na hebrajsko-jamajski mix?

Ciekawostka! Jedna z uczestniczek finału okazała się być byłą eurowizyjną chórzystką… Moran Mazor! Nie dziwi więc teraz, dlaczego Avia zawsze prezentowała stylistykę przybliżoną Rak Bishvilo.

Pożegnaliśmy się więc z rodzinną atmosferą hebrajskiego The Rising Star. Pustkę próbuję sobie wypełniać oglądając wersję tego show rodem z USA, jednak nie jest to to… Oni są tam tak po amerykańsku sztuczni…

 

Litwa kończy Eurovizjos dopiero w sobotę, jednak piosenkę poznaliśmy już w miniony weekend. Wygrała najlepsza piosenka w stawce finałowej, nie obyło się jednak bez pewnych widocznych przekrętów… Zacznijmy od meritum – piosenka która wybrzmi w Wiedniu, This Time, najlepiej brzmi w wykonaniu męskim. W stawce został już tylko jeden przedstawiciel płci ‘brzydszej’ (którego oczywiście brzydkim nazwać nie można) – Vaidas Baumila. Wydaje się być on oczywistym zwycięzcą. Wygrana This Time była mu zdecydowanie na rękę, zwłaszcza, że dwie pozostałe uczestniczki raczej kiepsko radzą sobie z tym utworem. To że Vaidas beznadziejnie wykonał jedną  z piosenek finałowych, Dangerous, wydaje się być celowym sabotażem. Piosenkę The Right Way, jako jedyną tego wieczoru, dobrze wykonali wszyscy finaliści. Przez jakiś czas wyświetlał się przy niej drugi numer startowy, któremu przypisane było akurat This Time… Przypadek? Pół biedy, że pomimo przekrętów wygrała faktycznie najlepsza piosenka. Za podejście jednak Litwinom wystawiam karną nutkę.

Oto nagranie, na którym uczestnicy ‘wspólnie’ wykonują zwycięską piosenkę. Jak widać, Vaidas wiedzie prym i nie pozwala nikomu na dobranie się do ‘jego’ piosenki. Innego zwycięzcy nie przewiduję. Ciekawostka – pod koniec nagrania słychać zdanie: ‘Trio: Baumil ir dvie blondini – fantastika!’ Uczucie – niemalże jakby się rozumiało po litewsku.

Oczywiście w ten weekend mogliśmy obejrzeć parę pomniejszych wydarzeń selekcyjnych. Węgierskie A Dal doszło już do poziomu półfinałów, jest tam tak wysoki poziom że to aż nudne. Czterdziestoletnia labadziara odpadła, skutkiem czego w tym momencie kto by nie wygrał, będzie to dobra piosenka. Nie ma się więc nawet o czym rozpisywać, czekajmy spokojnie na wyniki kolejnego półfinału oraz finału.

 

Na Łotwie odbył się półfinał Supernovej. Uwaga, uwaga! Trzy na cztery piosenki finałowe są rewelacyjne! Pozostaje ta jedna… Jak sama nazwa zespołu Electrofolk wskazuje, ich twórczość jest pomieszaniem z poplątaniem folku i elektro.  Na pewno to oryginalne, typowo łotewskie i zapewne typowo skończyłoby gdzieś pod koniec stawki półfinałowej. Jeśli ten kraj wreszcie chce się odbić od dna, jak ognia powinien wystrzegać się tej piosenki. Obawiam się jednak, że łotewska pomysłowość nie przyniesie nam dobrego wyniku… W przerwach ciągle króluje wiewióra/jeż/bóbr – zależnie od interpretacji.

 

Eesti Laul prezentuje w tym roku raczej słaby poziom. Jednak jedna piosenka, która w miniony weekend przeszła przez półfinał, miażdży po całości. Utwór ‘Goodbye To Yesterday’ wydaje się nie mieć żadnej konkurencji. Jej zwycięstwo zakończyć się może rewelacyjnym rezultatem eurowizyjnym. Czy Estończycy są w stanie w jakikolwiek sposób to popsuć?

 

W fińskim UMK królowała zaś oryginalność. Operowa psychodela lub bollywood po fińsku? Nie ma sprawy! Niezmiernie żałuję, że nie mogę Wam tutaj pokazać występów z lajfu.

 

Drugi największy w tym sezonie selekcyjnym super weekend dobiegł końca. Od teraz wydarzeń będzie mniej, za to będą one nieco ważniejsze, ponieważ zagęści się nam ilość finałów narodowych. W przyszłym tygodniu kolejne dwa, plus litewskie dopasowanie reprezentanta do piosenki. Znamy już 1/3 eurowizyjnych utworów. Czy jest wśród nich przyszły eurowizyjny zwycięzca?

Wasza HoSanna

 

 

7 KOMENTARZE

  1. Artykuł bardzo dobry. Nie mogę się jednak zgodzić z jedną rzeczą. Mam tu na myśli szlagier Magnusa. Kiedy przesłuchałem 30-sekundowy materiał z prób, wydawało mi się, że piosenka Carlssona nie jest wcale taka dobra. Jednak całkowicie zmieniłem zdanie po prawie pełnej wersji studyjnej. Jest to szlagier, ale wcale nie taki typowy, jest unowocześniony, o czym zresztą wspominał sam Magnus. Taki typowy szwedzki szlagier to chociażby „Min Karlek”, „Alla Flickor”, „Evighet” czy jeden z ostatnich, wręcz w stylu ABBY (co uwielbiam) – „Something In Your Eyes”.

  2. Patos z włoskiej piosenki wylewa się z każdej sekundy tego utworu (nie wspomnę nawet o teledysku, który jest kwintesencją kiczu i tandety)…1-2 łyżeczki cukru w herbacie są ok, ale pół kilograma ,to już przesada i gwarancja hiperglikemii (na szczęście piosenki greckie, to tylko 1/4 kg cukru). Jeśli Serbka zaśpiewa po angielsku, to już całkowicie będzie mi przypominać Herę Bjork. Jeśli Estonia wybierze „Goodbye to yesterday” ,a Norwegia „A monster like me” ,to może się to źle skończyć dla obu reprezentacji, dla mnie oba utwory są bardzo dobre, ale stylistycznie trochę za bardzo zbliżone do siebie.

  3. Brawo, kolejny świetny artykuł! Czytając o Melodifestivalen, można by się poczuć, jakby się tam było 🙂 .

    Też jestem za jak największą ilością narodowych języków na Eurowizji (i oczywiście w preselekcjach)… Czasami jednak piosenka brzmi lepiej po angielsku – bo po prostu język angielski jest bardzo muzykalny. Można po prostu znaleźć kompromis – pół piosenki w narodowym języku, a pół w angielskim (a może by tak jakimś innym?). Zdaje się, że tak właśnie będzie w przypadku tegorocznej piosenki serbskiej, którą uważam za bardzo dobrą, zwłaszcza ostatnią minutę.

    Jeśli chodzi o to, czy wśród już wybranych piosenek jest zwycięzca: myślę, że jest to najbardziej możliwe w przypadku piosenki włoskiej. Należę do tej połowy fanów ESC (ktoś w ogóle sprawdził, która połowa jest większa? 🙂 ), która rozpływa się nad tą piosenką (choć też wolałem Neka), i o ile widzę ten patos w utworze Il Volo (choć mi nie przeszkadza), to nie rozumiem twierdzeń o kiczu. Widocznie mam inne pojęcie kiczu… bardziej mi pasuje do tego określenia ta piosenka Samira i Viktora (choć dość sympatyczna 🙂 ). No ok, po prostu nie każdemu pasuje taki sposób śpiewania, ja natomiast lubię też takie klasyczne, pełne emocji nuty (a zatem liczę na wiadomo kogo z Finlandii 🙂 ). Jest to coś innego, niż typowy pop, który doceniam od czasu do czasu, gdy jest dobry i bardzo dobry, ale zawsze miła jest odmiana 🙂 . A już zwłaszcza na Eurowizji… Dlatego, jeżeli w tym roku nie pojawi się już nic (dla mnie) lepszego od piosenki z Italii, to będę życzył zwycięstwa temu właśnie krajowi. Jednak może się pojawi – liczę zwłaszcza na Hiszpanię, Czechy, Grecję i Finlandię. No ale przecież nigdy nie ma 100% pewności.

    Litwa… nie ma żadnych dowodów, że to były jakieś przekręty. Bardziej coś karnego (niekoniecznie nutkę 🙂 ) przyznałbym im za ten cały chaos. A piosenka faktycznie bardzo dobra. Czekamy, kto to zaśpiewa.

    Tak w ogóle, to mam wrażenie (może się mylę?), że coś powoli w tym roku idzie… Już luty wkrótce będzie zbliżał się do końca, a mamy dopiero 13 piosenek. Kilka krajów milczy (całkowicie lub w sprawie samych piosenek). No cóż, mają czas chyba do 14 marca. Czekamy na rezultaty pozostałych preselekcji opisanych przez autorkę artykułu, a także na wyniki eurowizyjnych wyborów wszystkich innych państw (a raczej stacji telewizyjnych). Kraje, które milczą, mogą ujawnić utwory w każdej chwili (ale niektóre pewnie zrobią to w ostatniej chwili, takie wejście smoka… lub smoczka 🙂 ).

  4. Mój Boże, jak ja kocham piosenkę „Goodbye to yesterday” <3
    Słuchałam jej tyle razy że nauczyłam się tekstu na pamięć i chyba ta piosenka zacznie mi się niedługo śnić albo zacznę nią wymiotować, a to znak eurowizyjnego hitu. To jest zwycięzca całej ESC. Owszem, przypominają Linnetsów bo są duetem ale ich piosenka jest w stylistyce retro a Linnetsów była w country. Wspaniała robota Stig & Elina. Jak nie wygrają pre to chyba sobie coś zrobię. Mariette pewnie wygra MF, zgadzam się. Aminata i Minta wymiatają po całości na Łotwie. To będzie historyczny finał i top10 dla tego kraju. Szkoda że Nina nie wygrała Sanremo. Wygrana Nadava też cieszy. Piosenka Bojany bardzo słaba i tylko serbski język ją ratuje…

  5. kolejny raz gratulacje za wspaniały artykuł 🙂
    Co do piosenki estońskiej przypomina mi trochę żywszą „zeszłoroczną” Holandię, może to przez stylistykę ? Może dlatego że to duet ? Mam nadzieję że im się uda to wygrać bo reszta piosenek to katastrofa 🙁