Próby ruszyły na dobre. Już pojutrze w Izraelu święto państwowe, po którym artyści rozpoczną swoje drugie podejście. Dzisiaj w Tel Awiwie było (i nadal jest) bardzo ciepło. Termometry wskazywały grubo ponad 30 stopni, lecz po szwajcarskiej próbie chmury na dobre przysłoniły niebo nad miastem. Taka pogoda oddawała poniekąd ducha dzisiejszej stawki: ciepłe, przyjemne utwory, jednak w większości nieco mało wyraziste.

Dzień upłynął pod znakiem Szwajcarii i Szwecji, na których to próby czekała co najmniej znaczna większość dziennikarzy i fanów. Organizatorzy postanowili jednak dawkować emocje. Szwajcarzy pojawili się na scenie jako ostatni przed przerwą obiadową. Natomiast Szwedzi wystąpili na samym końcu dzisiejszej stawki. Między zupełnie nie przemawiającymi do mnie utworami pojawiły się i takie, które zwróciły moją uwagę. Dość przewrotnie, największą niespodzianką była dla mnie dzisiaj Sarah z Irlandii, której kolorowa prezentacja kojarząca mi się z barem mlecznym do teraz siedzi w mojej głowie. Mam nadzieję, że wbrew opinii większości zobaczymy ją w finale. Reprezentantka zielonej wyspy pojawiła się w „strefie leżakowej” w centrum prasowym, pogratulowałem jej udanej próby.

Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Jeszcze wczoraj nasi redaktorzy narzekali, że następnego dnia, poza Szwajcarią i Szwecją, nie będzie nic godnego uwagi. W świecie fanów Eurowizji istnieje zjawisko, które nazywam „wzajemnym nakręcaniem się” – czy to za, czy to przeciw konkretnym piosenkom. Ja postanowiłem podejść do dzisiejszych utworów tak, jakbym nigdy nie słyszał niczyjego zdania na ich temat. Dzięki temu doceniłem Irlandię i Łotwę. Austria nie przekonała mnie, mimo czystej kartki, jaką jej również dałem. Ta prezentacja męczy mnie tak, jak naszego naczelnego słońce, które dzisiaj rano, w drodze do centrum prasowego, złośliwie świeciło prosto na jego lubujące się raczej w zimnym klimacie ciało.

Andres Putting, EBU
Luca Hanni (Szwajcaria), fot.: Maciek Stępień

Jako że zajmowałem się dzisiaj relacjonowaniem prób, jedyną konferencją, na której się pojawiłem, była szwajcarska.Luca Hänni tryskał humorem, a czasem gdy mówił, zdarzało mu się coś „pisknąć”, czym wzbudził moją sympatię, bo stwierdziłem, że to naprawdę wesoły człowiek, który poza znakomitym utworem ma też tzw. jaja.

Poza tym co widziałem na scenie, miałem przyjemność po raz kolejny przekonać się o uprzejmości i gościnności Izraelczyków, którzy na każdym kroku chcą nam dogodzić. To swego rodzaju zwrot nadwyżki cenowej, jaką płacimy tutaj za wszystko. Na każdym kroku.

Do zobaczenia jutro!