Kolejny dzień prób za nami. Dla mnie było to pierwsze zderzenie z centrum prasowym w Tel Awiwe. Organizacja każdej Eurowizji przynosi pewną specyfikę. Lizbona stała pod znakiem wody otaczającej obiekt eurowizyjny. Tym razem czekają na uczestników i dziennikarzy zieleń oraz falafele. Mimo tej przyjaznej atmosfery na Eurowizji, pomiędzy Izraelem a Strefą Gazy dochodzi do wymiany ostrzałów rakietowych.

To pytanie zdominowało konferencje kolejnych uczestników: „Co myślą o ostrzale rakietowym?” lub „Czy nie obawiają się rakiet?”. Tego typu sformułowania padały z ust zarówno izraelskich oraz zagranicznych dziennikarzy. W ciągu trwania kolejnych konferencji wzbudzało również co raz większą irytację pozostałej części akredytowanej prasy oraz prowadzących.

Szczególnie podczas tzw. meet & greet delegacji islandzkiej zespołu Hatari doszło do drobnego ekscesu. Prowadząca nie pozwoliła odpowiedzieć członkom grupy na to pytanie, tłumacząc się brakiem czasu. Z protestem wystąpiła jedna z tancerek Islandczyków, wskazując na łamanie wolności słowa. Ostatecznie jeden z liderów grupy – Matthías Tryggvi Haraldsson wystąpił z nadzieją, że w Izraelu w końcu nastąpi pokój oraz koniec okupacji.

Muszę przyznać, że to właśnie na Islandię czekałem najbardziej. Od momentu, gdy zespół wygrał selekcje, wzbudza wiele sprzecznych emocji, które często wynikają z niezrozumienia całego konceptu, który łączy określoną ideę (kapitalizm jest represyjny) z wieloma elementami satyry. Szczególnie niezrozumiałe jest powiązanie idei ich piosenki oraz ich wizualnej strony opierającej się na estetyce BDSM.

fot. Maciej Stępień

Mieliśmy dzisiaj okazję rozmawiać z Islandczykami, którzy w naszym materiale pokazali właśnie tę bardziej satyryczną stronę swojej działalności. Akurat dzisiejszy dzień upłynął też pod kątem organizacji wywiadów z poszczególnymi delegacjami. Dzięki temu można było poznać izraelskich wolontariuszy, którzy znają język fiński!

Jednak dzisiaj występowała nie tylko Islandia. Warto zwrócić uwagę m.in. na Kate Miller- Heidke, która była zawieszona na długim drągu mającym imitować brak grawitacji. Można powiedzieć, istne cuda na kiju (dzięki, Marcin, za określenie). Miller-Heidke to kolejna rakieta latająca nad globem.

Do zobaczenia jutro!