Eurowizja 2020: oceniamy tegoroczny sezon selekcyjny. Na zdjęciu Erika Vikman wykonująca utwór "Cicolina", fot. YLE / Miikka Varila / eurovision.tv

Eurowizja 2020 za niecałe dwa miesiące. Znamy już wszystkie tegoroczne kompozycje, co pozwala nam ocenić sezon selekcyjny, na dobre zakończony w zeszłą sobotę. Jak oceniamy wybrane piosenki na Eurowizję? Co sądzimy o tegorocznym poziomie utworów? Co nas najbardziej zaskoczyło w sezonie selekcyjnym i czy mamy już swoich faworytów? Sprawdźcie nasze opinie!

Eurowizja 2020: bezpieczne, ale szybko wymazywane utwory

O tym jak dobry był sezon selekcyjny świadczy, ilu piosenek, które preselekcji nie wygrały, wciąż słuchamy (przy czym nie oznacza to, że na Eurowizję jadą te najlepsze). A tych jest dużo więcej niż w poprzednich dwóch latach. Zauważalne są trzy powiązane ze sobą trendy: inspiracje latami 80, wczesnymi latami 2000 oraz Billie Elish. Jeśli miałbym wskazać trzy ulubione piosenki z tegorocznych selekcji to są to: „Bulletproof” (Szwecja), „Cicciolina” (Finlandia) oraz „Ringo Star” (Włochy).
Mimo powszechnej afirmacji Melodifestivalen, dystans (w tym produkcyjny) zdecydowanie się zmniejszył. Spodziewam się, że to zjawisko będzie jeszcze bardziej nasilać na sile w kolejnych latach. Jest to dobry trend. Oby tylko fani zrezygnowali ze swoich automatycznych przyzwyczajeń. Sama Eurowizja w tym roku po prostu się odbędzie (a może nie). Mam problem ze wskazaniem swojego faworyta. Większość piosenek to tzw. utwory tła: bezpieczne, niedrażniące, ale szybko wymazywane z pamięci.
Maciej Sychowiec

Eurowizja 2020: sezon drugich wyborów

Moja eurowizyjna lista na Spotify przepełniona jest piosenkami, które odpadły z selekcji. Bardziej niż słuchanie tegorocznych eurowizyjnych numerów interesuje mnie teraz czy i kiedy Eurowizja się odbędzie. Jak będą przepływać głosy? Jak brak faworyta wpłynie na ostateczny kształt tabeli wyników? Liczę jeszcze na to, że co się na tej Eurowizji nie dośpiewa, to się dowygląda, bo przecież Holendrzy zapowiadają technologicznie rozwinięty rocznik.
Bartosz Radomski

Eurowizja 2020: sezon nieprzewidywalności

Mam wrażenie, że wiele krajów zagrało bezpiecznie, przez co można tonąć w typowości i nudności stawki. Uważam, że jest kilka utworów bardzo przedawnionych, które wyjęto z szuflad, a w modę wpasowałyby się dekadę lub nawet dwie dekady temu. Nie sądzę, żeby to był masowy powrót do dawnych lat, a właśnie bezpieczna gra i ryzykowanie porażki na rzecz sprawdzonych rozwiązań. Tym samym preselekcje pogrążyły wiele ambitnych propozycji. Z drugiej strony w grę wchodzi trochę utworów nowatorskich, awangardowych, które przyjmują teraz pozycję liderów, choć nie do końca wiadomo, jakie wrażenie sprawią na wielkiej scenie.

Od skrajnie miałkich (Mołdawia, Serbia, Finlandia, Estonia) po skrajnie szalone (Litwa, Rosja, Islandia) – większość utworów może nas zaskoczyć pozytywnie, jak i negatywnie. Nie ma ewidentnych przegranych i ewidentnych zdobywców czołówki. Trochę mi to przypomina Eurowizję 2011, kiedy różnice punktowe były niewielkie, a wiele krajów niespodziewanie zawiodło bądź zaskoczyło. Czekam na rozwiązania sceniczne i organizacyjne, bo pod tym względem może to być najbardziej interesująca Eurowizja ostatnich lat. Wraz z nieprzewidywalnością i dobrym poziomem produkcji rosną emocje, nie mówiąc już o zagrożeniu dla całego przebiegu konkursu.

Kamil Polewski

Eurowizja 2020: sezon selekcyjny, który odejdzie w niepamięć

Większość moich faworytów przegrała, a tam gdzie ich nie miałem, poziom utworów pozostawiał wiele do życzenia. 2020 to też pierwszy rok, kiedy nawet ja zmęczyłem się Melfestem. Bardzo kiepska edycja, a najlepsza piosenka musiała zadowolić się drugim miejscem. Najmilej wspominam San Remo. Wiem, że wielu fanów narzekało na stawkę, ale ja znalazłem tam wiele utworów, do których wciąż wracam. Najlepsze piosenki tego sezonu, których nie zobaczymy w Rotterdamie to zdecydowanie: Dotter, Elettra Lamborghini i Jaagup Tuisk. Odnosząc się do stawki samej Eurowizji 2020, to ciężko się tam dopatrzeć zdecydowanego faworyta. Myślę, że zwycięzca będzie bardzo nieoczywisty i zaskakujący, i wyłoni się dopiero podczas prób.
Krzysztof Stefaniak

Eurowizja 2020 to rocznik słabszy niż 2018 i 2019

Brak wyraźnego faworyta, wiele piosenek niby nowoczesnych, ale jednocześnie nijakich, wtórnych i powielających zachodnie wzorce. Perełki selekcyjne, bardzo wyraziste utwory, jak „Cicciolina” (Finlandia), „Bulletproof” (Szwecja), „Me tana” (Albania), „Andromeda”, „Tikibombom”, „Ringo Star” (Włochy), które zakończyły swoją przygodę na etapie finału narodowego. Sytuację ratują propozycje z Litwy, Islandii i Rosji, które odbiegają od tego, do czego przyzwyczaiła nas Eurowizja, są powiewem świeżości i oryginalności. O ile konkurs w Rotterdamie się odbędzie, twierdzę, że wygra go Szwajcaria, Bułgaria lub któryś z wymienionych w poprzednim zdaniu trzech krajów.
Konrad Szczęsny

Eurowizja 2020: ze skrajności w skrajność

Tak jak moi koledzy twierdzę, że w tym roku mamy do czynienia z dwoma zestawami utworów. Pierwszy to te bardzo wtórne, zupełnie niereprezentatywne dla danego rynku muzycznego. Niekiedy nawet ślepo dążące za trendami z Ameryki (Armenia, Bułgaria, Rumunia). Druga strona medalu to piosenki zupełnie abstrakcyjne, oryginalne. Można tu wymienić choćby Azerbejdżan, Litwę, Islandię czy Rosję. Nie da się ukryć, że stawka Eurowizji 2020 stoi balladami. Jedną z nich, bardzo niedocenioną moim zdaniem, jest kompozycja z Polski. Nie zgodzę się jednak, że w samym sezonie selekcyjnym brakowało różnorodności. Widzowie w niemal każdym formacie mieli do wyboru różne gatunki muzyczne, często wskazując „bezpieczniejszą” opcję, artystę, który nie był faworytem.

Podzielam też opinie Krzyśka, że tegoroczny Melfest był dużo słabszy od ubiegłych lat. Większym problemem było jednak dla mnie to, że zarówno Duńczycy, jak i Norwegowie widocznie inspirowali się szwedzkimi selekcjami. Sami wokaliści wykonywali często utwory szwedzkich twórców, stąd chwilami można było odnieść wrażenie, że oglądamy kolejne wersje Melodifestivalen. To na pewno nie jest dobry kierunek. My po roku przerwy również wróciliśmy do selekcji. Może niepotrzebnych, może trącących myszką, ale z pewnością dostarczyły nam one mnóstwo emocji. Wierzę, że jeszcze większe sprawi nam w maju Alicja i jej „Empires”.

Mieszko Czerniawski