Europejska Unia Nadawców (EBU) wystosowała list do izraelskiego premiera, Benjamina Netanyahu, w którym zawarte zostały wymagania dotyczące organizacji 64. Konkursu Piosenki Eurowizji. Mowa w nim między innymi, o zapewnieniu wiz wjazdowych dla turystów czy o kwestii szabatu. To nie mogło się nie spotkać z ostrą reakcją religijnych przedstawicieli koalicji rządowej.

Główny koordynator EBU, Jon Ola Sand, miał wysłać oficjalny list do Netanyahu po sierpniowej wizycie w Izraelu, gdzie wraz z innymi przedstawicielami organizacji wizytowali lokacje ubiegające się o goszczenie konkursu. Izrael, według tego pisma, ma zapewnić odwiedzającym zarówno wizy, jak i możliwość podróżowania po kraju – i ma odbyć się to bez żadnych barier czy reperkusji związanych z poglądami politycznymi turystów. Oprócz tego rząd ma zagwarantować pełną wolność prasy i wypowiedzi, także dla narodowego nadawcy – KAN – który miałby uzyskać pełną niezależność w transmisji programów. Jest to poniekąd reakcja na wprowadzone w zeszłym roku przez izraelski parlament prawo, które umożliwia odmowę wjazdu do kraju zwolennikom bojkotu Izraela lub jego osadnictwu na Zachodnim Brzegu.

Kolejnym wymaganiem EBU jest zniesienie nakazów religijnych na czas trwania imprezy – zgodnie z judaizmem podczas szabatu (trwającego od piątkowego zmierzchu do sobotniego wieczoru) nie może być mowy o jakichkolwiek rozrywkach czy pracy. Dlatego też nie zobaczymy w izraelską sobotę choćby kursujących pociągów. A jak to się ma do Eurowizji? Próba generalna przed sobotnim finałem kolidowałaby z momentem trwania szabatu – wobec czego ultraortodoksyjne partie domagają się przearanżowania grafiku imprezy. Na to jednak nie chce zgodzić się EBU. Tuż po zwycięstwie Netty w Lizbonie, lider Zjednoczonego Judaizmu Tory i były minister zdrowia, Yaakov Litzman, domagał się „w imieniu setek tysięcy Żydów całego świata” dotrzymania nakazu przestrzegania szabatu. Minister kultury i sportu, Miri Regev, odpowiedziała krótko, że do żadnej profanacji świętego dnia nie dojdzie.

We wtorek list skomentowali czołowi przedstawiciele rządu, m.in. minister bezpieczeństwa wewnętrznego Gilad Erdan, czy minister turystyki Yariv Levin, którzy krytykując żądania EBU, bronili ustawy dotyczącej zapobiegania bojkotowi swojego państwa.  Zaznaczyli jednak, że nie byłoby problemu, gdyby wymagania EBU były takie same w stosunku do każdego kraju. Organizacja jednak broni się stwierdzeniem, że to typowy list, który wysyłają co roku, bez względu na jakiekolwiek państwo, aby zapewnić sprawny przebieg konkursu.

Nie jest to jednak pierwsza sytuacja, w której organizacja przyszłorocznej Eurowizji w Izraelu staje pod znakiem zapytania. Mowa tu o zawirowaniach wokół publicznego nadawcy. KAN bowiem, w momencie zwycięstwa w Portugalii, miał tylko kanały związane z rozrywką, a członkostwo w EBU wymaga również kanału informacyjnego. Były również problemy finansowe, jednak wszystko to udało się ostatecznie rozwiązać. Podczas pobytu w Izraelu, Jon Ola Sand udzielił wywiadu KAN, w którym pytany o kontrowersje wokół przyszłorocznego konkursu, stwierdził:

W zasadzie tak jest co roku. To [organizacja – przyp. red.] zawsze stwarza dużo szumu w zwycięskim kraju, wiele osób uważa siebie za takich, którzy chcą wziąć w tym udział i się wypowiedzieć – i wszystko to jest dość naturalne.

Rozwiązania sprawy wiz czy szabatu możemy się spodziewać już po ogłoszeniu miasta i terminu przyszłorocznej Eurowizji. Jak podaje dziennik Israel Hayom, na faworyta wyrósł Tel Awiw, choć kandydatura Jerozolimy nadal nie została przekreślona. Tam jednak te kontrowersyjne kwestie będą mocniej kontestowane, niż miałoby to miejsce w nadmorskim kurorcie.

Źródło: israelhayom.co.il; jpost.com; timesofisrael.com
Foto: eurovisionworld.com