Liczne wpadki techniczne, zamieszanie związane z głosowaniem jurorów, problemy z dźwiękiem i powtarzanie prób – to te negatywne strony minionego 64. Konkursu Piosenki Eurowizji. Plusy? Gościnność, otwartość i niezwykła opiekuńczość ze strony Izraelczyków oraz przykuwający uwagę interval act z udziałem byłych reprezentantów w finale. Tak zapamiętamy tegoroczną edycję wydarzenia, która odbyła się nieco ponad tydzień temu w Tel Awiwie.

Eurowizja w Izraelu od początku była naznaczona kontrowersjami i skandalami: finansowanie widowiska, odpowiedzialność przerzucana w związku z tym z ministerstwa na ministerstwo, rozdmuchiwane do granic możliwości kwestii bezpieczeństwa – to te zagadnienia, którymi żyli przez ostatni rok fani konkursu. Być może dlatego lokalna prasa była nieco zawiedziona, że do Tel Awiwu przyjechało zdecydowanie mniej turystów niż oczekiwano. Nic dziwnego – po przeczytaniu kilku artykułów w mediach różnego kalibru, od tych lokalnych, przez krajowe, po międzynarodowe, Izrael jawił się jako miejsce pełne wewnętrznych podziałów, konfliktów, dalekie od profesjonalizmu w podejściu do organizacji tak znaczących i ogromnych przedsięwzięć i stosunkowo mało bezpieczne. Ten chaos, według niektórych charakterystyczny dla południowych i bliskowschodnich państw, był również widoczny w trakcie samej Eurowizji.

Nie pamiętam (a był to mój czwarty wyjazd na konkurs, zaś samo wydarzenie śledzę wnikliwie od 2005 roku), aby jakakolwiek edycja kojarzyła się z tyloma wpadkami technicznymi. Według relacji osób, które śledziły transmisję w domach także same koncerty na żywo dalekie były od ideału, szczególnie w materii realizacji dźwiękowej i telewizyjnej. Jeśli dodać do tego momentami chaotyczną pracę kamer, dosyć osobliwy skład pierwszego półfinału, rekordowo długi, ponad czterogodzinny finał oraz wątpliwej jakości (choćby pod względem wokalnym) występ Madonny nic dziwnego, że nad Wisłą tegoroczna edycja Eurowizji nie miała najlepszej prasy. Także dziennikarze zgromadzeni na miejscu w rozmowach kuluarowych podkreślali, że niezadowolenie delegacji (w tym m.in. cypryjskiej, portugalskiej, polskiej, mołdawskiej i kilku innych) z produkcyjnej realizacji widowiska jest swoistym fenomenem. W poprzednich edycjach Eurowizji co prawda takie sytuacje miały miejsce, były jednak zawsze traktowane jako incydenty, nie zaś reguła. Tym razem wymiana odsłuchów i kolejne próby techniczne dotyczyły przynajmniej czterech delegacji, co jest mało chlubnym rekordem.

Nie bez znaczenia są także wpadki jurorów związane z głosowanie. Ta białoruska to oczywiście przypadek skrajny, ale jeśli dodać do tego teorie fanów na temat błędnego ułożenia kolejności przez przedstawicieli gremiów w Czechach, Szwecji i Rosji nic dziwnego, że pojawiają się postulaty o konieczności wprowadzenia zmian w sposobie oddawania głosów. Być może warto rozważyć powrót do układania jedynie najlepszej dziesiątki artystów/wykonań/piosenek? Dokładnie objaśnić instrukcję głosowania lub opracować inny, bardziej przejrzysty formularz? Mało kto ma wątpliwości, że takie zmiany przez Europejską Unię Nadawców powinny po prostu zostać wprowadzone i to najlepiej jak najszybciej, by w przyszłości uniknąć zbędnej sensacji i kontrowersji.

Dosyć jednak tego utyskiwania na niesprawiedliwości systemowe! Wszak Izraelczycy – w przeciwieństwie do Portugalczyków – sprawdzili się w roli gospodarzy znakomicie. Można było liczyć na ich otwartość, gościnność i… świetną znajomości języka angielskiego, nie tylko wśród młodych. Na porządku dziennym były sytuacje, w których osoby w różnym wieku zaczepiały dziennikarzy na ulicy, pytając, jak czują się w Izraelu, czy czegokolwiek potrzebują i oferując przy okazji swoją pomoc. Miasta, nie tylko Tel Awiw, żyły Eurowizją, kojarzyły to wydarzenie i widać było gołym okiem, że zależy im w dużym stopniu na tym, by sprawdzić się w roli, którą ostatni raz powierzono im w 1999 roku. Takie podejście zawsze wzbudza sympatię i podbija serca obecnych na miejscu fanów.

Na koniec wypada zadać pytanie: co z tą Polską? Czy faktycznie przez błąd czeskiej jurorki nie udało nam się awansować do finału? Czy za rok powinno zostać to zrekompensowane? I wreszcie – czy Europejska Unia Nadawców zabierze głos w tej sprawie? To pytania, które najczęściej przewijają się w dyskusjach w mediach społecznościowych. W moim odczuciu ta kwestia powinna zostać wyjaśniona i omówiona w specjalnym oświadczeniu choćby po to, by podobne sytuacje nie miały miejsca w przyszłości i nie stały się mało chlubną tradycją eurowizyjną. Oczywiście są i te bardziej radykalne postulaty, by Jon Ola Sand ustąpił z zajmowanego stanowiska, ponieważ odpowiedzialność, jaka na nim spoczywa, w sposób widoczny go przerasta. Daleki byłbym jednak od nawoływania do podjęcia tak poważnych kroków. Dobór jurorów, którzy oceniają konkursowe występy, budzi spore emocje już od dłuższego czasu. Czy przewaga profesjonalistów z branży muzycznej jest w nich widoczna gołym okiem? Czy angażowanie byłych reprezentantów sprzyja podniesieniu rangi gremium? Czy fakt, że co jakiś czas angaż otrzymują te same osoby, działa na rzecz pozytywnego postrzegania jurorów? Wydaje mi się, że na te pytania każdy powinien odpowiedzieć sobie indywidualnie.

Mam nadzieję, że Tulia zapamięta swój udział w Eurowizji pozytywnie. 11. miejsce w półfinale to wynik, który osiągnęliśmy także w 2005 i 2006 roku (choć warto dodać, że wówczas konkurencja była znacznie silniejsza) i który trudno uznać za porażkę. Oczywiście, w Polsce ogromne emocje budziła realizacja telewizyjna występu, co zrozumiałe, ponieważ w tej materii nigdy nie byliśmy eurowizyjnymi gigantami. To jednak, co martwi mnie najbardziej, to wyraźny rozdźwięk między opinią rodaków a zagranicy. Wśród przedstawicieli innych nacji ze świecą szukać pełnych hejtu i niechęci komentarzy, które wśród internautów w Polsce stanowiły znakomitą większość. Podobnie jeśli chodzi o reakcje na miejscu – nie pamiętam, by tyle osób wypowiadało się o naszej propozycji z sympatią i serdecznością, zaś po braku awansu do finału starało się za wszelką cenę podnieść nas na duchu i stwierdzało, że mieliśmy jedną z najbardziej intrygujących i godnych uwagi propozycji w stawce. Czy te negatywne emocje związane są z kompleksami i niechęcią względem ludowości, która do tej pory raczej średnio radziła sobie na Eurowizji w biało-czerwonych barwach? Czy wychodzimy z założenia, że konkurs ten to miejsce dla nowoczesnej, lżejszej, bardziej współczesnej muzyki a nie sięgania do tradycji? A może to zwyczajna złość, wynikająca z tego, że jesteśmy głodni wygranej i tylko szansa na nią nas satysfakcjonuje?

Z pewnością 64. Konkurs Piosenki Eurowizji był wydarzeniem jedynym w swoim rodzaju z różnych względów. Gwarantował ogromne emocje, związane z głosowaniem, mało satysfakcjonującymi występami faworytów (ocena dziennikarzy po pierwszych próbach technicznych) i kilkoma niespodziankami, jak choćby fenomenalna prezentacja Tamary z Macedonii, spektakularny, intrygujący występ Kate z Australii czy wreszcie zupełnie nieoczywiste zwycięstwo Norwegii w głosowaniu publiczności. Do tego należy dodać stojący na wysokim poziom występ Netty w ramach otwarcia pierwszego półfinału i finału czy słynny „switch song”, który zapewne popularnością w krótkim czasie przebije interval act ze sztokholmskiej edycji widowiska z 2016 roku. I trudno się temu dziwić!

Co przygotuje dla nas za rok Holandia? Wielu fanów wierzy, że lokalni publiczni nadawcy stworzą widowisko własnym sumptem, bez udziału współproducentów ze Szwecji, Niemiec czy Danii. To byłby istotny krok naprzód dla samego konkursu, ponieważ magia Eurowizji – jakkolwiek naiwne wydaje się to stwierdzenie – to przede wszystkim jedność wynikająca z różnorodności. Idea jest szlachetna i wzniosła – muzyka, która ma łączyć kolejne pokolenia i nacje. Jednak są i tacy, którzy twierdzą, że widowisko czasami odbierane jest jako działalność grupy wzajemnej adoracji, w której pierwsze skrzypce pod względem produkcyjnym grają wciąż te same osoby…

Jedno jest pewne: za rok widzimy się w Holandii! Oby ta edycja wolna była od rażących wpadek technicznych, polityki, bałaganu oraz wszechobecnego chaosu, który bywa czasami uroczy. Ale tylko czasami.

Fot. OGAE Polska/Eurowizja.org

Źródło: inf. własne