Co się dzieje ciekawego za kulisami prób do Eurowizji? Wspomnienia z ostatnich lat

0
478

W ostatnich latach pierwszy tydzień maja wielu fanów spędzało na śledzeniu prób do Konkursu Piosenki Eurowizji. Z racji odwołania widowiska w tym roku nie ma takiej możliwości. Przedstawiciele naszej strony byli zawsze obecni na miejscu, dlatego poprosiliśmy ich o podzielenie się swoimi wspomnieniami zza kulis Konkursu. 

Ignacy Sroka: niespodziewane spotkania z artystami

Kiedy w 2018 roku po raz pierwszy leciałem na to wielkie wydarzenie z ramienia eurowizja.org byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, a kilka dni póżniej przy odebraniu akredytacji towarzyszyły mi wielkie emocje. Oczywiście najbardziej nie mogłem doczekać się spotkań z artystami. Najlepszym tego przykładem była Sennek z Belgii, którą zobaczyłem podczas robienia zakupów w centrum Lizbony. Następnego dnia podziwialiśmy ją na niebieskim dywanie. W ciągu tygodnia eurowizyjnego działo się wiele ciekawych rzeczy, lecz najbardziej zapamiętałem wizyty w centrum prasowym dwóch wokalistek: Saary Aalto wraz z Mr. Lordi z Finlandii, którzy przyjechali meleksem pod same drzwi, co wyglądało dosyć komicznie oraz Eliny Nechayevy z Estonii, która przyszła niezapowiedziana i urządziła koncert niespodziankę w otoczeniu dziennikarzy z całego świata.
Elina Nechayeva w lizbońskim centrum prasowym, fot. Ignacy Sroka

Tomasz Berkowski: gdy zobaczyłem logo ówczesnego konkursu, serce zabiło mi szybciej

Dla mnie chyba najpiękniejszym wspomnieniem eurowizyjnym jest pierwsze zetknięcie się z Eurowizją na żywo. Do Tel Awiwu przyleciałem w połowie pierwszego tygodnia prób, około południa. Postanowiłem więc, że zamiast do hostelu, najpierw udam się do Centrum Prasowego, by otrzymać swoją akredytację (oraz kartę do korzystania z darmowej komunikacji miejskiej). Bez internetu, absolutnie na wyczucie dotarłem w okolice eurowizyjnych zabudowań. Gdy zobaczyłem logo ówczesnego konkursu, serce zabiło mi szybciej. Odbieranie akredytacji trwało zapewne minutę czy dwie, a jednak jakby trwało to wieczność. Moja ponad dwudziestokilogramowa walizka (w której były m.in. krówki promujące nasz portal) została na „check poincie”, bo ochrona nie chciała mnie z nią wpuścić. Gdy w końcu wszedłem na salę dla dziennikarzy zamarłem – jak mam w tym tłumie znaleźć eurowizja.org? Po poszukiwaniach w końcu odnalazłem „nasz” stolik – planowałem zostać tam tylko przez chwilę. Miałem ogarnąć się w hostelu i wrócić do pracy… a zostałem do samego końca tego dnia. Pracę na pełnych obrotach od samego początku jednak wspominam bardzo ciepło, szczególnie teraz.

Aleksandra Wąsek: międzynarodowa integracja

Za mną już 5 Eurowizji i 2 Juniory. Oczywiście nigdy nie zapomnę tego pierwszego razu, tego zdziwienia, że eurowizyjna hala jest tak mała, a gwiazdy tak przyziemne. No i Euroclub! Cały tydzień hulanki do największych eurowizyjnych hitów i pogadanki z Czechem Vaclavem ciepło wspominam do dziś. Pierwsze próby też były emocjonujące. Nigdy nie wymażę z pamięci obrazu biustu Trintije w sukience, którą pierwotnie miała nosić w czasie występu. Wtedy jakoś tak kamera wyjątkowo długo zatrzymała się na atutach wokalistki. Trafiła mi się też w Wiedniu okazja jazdy „eurowizyjnym autobusem”, czyli tak naprawdę zwykłym liniowcem opanowanym przez fanów. Okazało się, że nie trzeba się znać by wspólnie odśpiewać „Golden Boya” czy „Beauty Never Lies”. Chyba właśnie moją ulubioną częścią wyjazdów eurowizyjnych jest integracja z fanami i dziennikarzami z innych krajów. Będąc w Centrum Prasowym ma się poczucie przynależności do wielkiej międzynarodowej rodziny. Będzie mi w tym roku bardzo brakować kontaktu z moimi najukochańszymi Litwinami, Vovą z Ukrainy czy Aleksem z Serbii. A wracając szalonych do wspominek z gwiazdami Eurowizji – udało mi się spotkać Elinę Born w sztokholmskim metrze, najwspanialszą pamiątką z Lizbony jest dla mnie zdjęcie z Mr. Lordi, a w 2019 prowadzący Assi Azar odwiózł mnie do mojego noclegu, wniósł do apartamentu moje bagaże i oficjalnie przywitał w Tel Awiwie. To najmilszy człowiek na świecie, uwierzcie mi! Najdziwniejsza ze wszystkich Eurowizja to chyba dla mnie Junior w Gliwicach. Popularyzacja wydarzenia w Polsce sprawiła, że po raz pierwszy kiedykolwiek na widowni nie otaczali mnie zagorzali fani. Dziwnie było po raz pierwszy być jedyną osobą na przestrzeni kilku czy wręcz kilkunastu metrów kwadratowych, która zna śpiewane piosenki na pamięć
Mr. Lordi podczas Eurowizji 2018 w Lizbonie; fot. Aleksandra Wąsek

Mieszko Czerniawski: czy Polska ugryzie Europę?

Mówiąc szczerze samych prób nie zapamiętuję jakoś szczególnie. Może to dlatego, że zazwyczaj nagrywam dla Was relacje na Instagram czy tak, jak ostatnio w przypadku Eurowizji Junior koordynuję pracą redakcji i moja uwaga jest rozproszona. Moim zdaniem dużo bardziej magicznym miejscem jest Centrum Prasowe. I tu przychylam się do opinii Oli. Rzeczywiście relacjonując Eurowizję z Centrum Prasowego, czuć klimat jedności, przynależności do jednej wielkiej rodziny. Najlepsza atmosfera panuje na kilkanaście minut przed rozpoczęciem danego półfinału czy finału. Dziennikarze są podekscytowani, jak wypadnie ich faworyt lub reprezentant ich kraju. To najlepszy czas na realizację setek, czyli krótkich wypowiedzi. Nie zapomnę, jak przed polskim półfinałem w Lizbonie zapytałem Williama z Wiwibloggs o jego 3 faworytów do awansu do finału. W tym gronie wymienił Polskę. Zaczął ze mną śpiewać refren „Light Me Up”, po czym nawiązał do tańca wykonywanego przez Gromee’ego słowami: „This snake is gonna bite Europe” (Ten wąż ugryzie Europę). Z perspektywy czasu okazało się, że polska reprezentacja „ugryzła” tylko 14. miejsce.

 

Konrad Szczęsny: atmosfera, której nikt i nic nie jest w stanie zastąpić.

Pierwsza Eurowizja, w której w pełni mogłem uczestniczyć, to ta z 2016 roku. I tak pierwszą próbą, którą zobaczyłem na ekranie, gdy wszedłem do centrum prasowego, była Bułgaria. Już wtedy mówiło się, że Poli Genowa zaliczy z pewnością lepszy rezultat niż ten z 2011 roku. Hala w Sztokholmie robiła duże wrażenie, podobnie jak droga, którą trzeba było do niej pokonać – do tej pory po nocach śnią mi się te kilometry schodów, zakrętów i oznaczeń.
Przez te kilka lat najbardziej wbiła mi się w pamięć próba Macedonii z 2019 roku z Tel Awiwu. Efekt, jaki robiło to w arenie, z chórkami, był nieprawdopodobny. Ciarki na całym ciele i przekonanie, że oto utwór, który nie był zbyt doceniany przed konkursem, będzie bił się o miejsce w czołowej dziesiątce.
Okres eurowizyjny obfituje sam w sobie w mnóstwo sytuacji zabawnych i godnych zapamiętania: gorączkowe poszukiwania sprzętu, bo pół godziny lub godzinę przed czasem delegacja informuje, że wywiad na już i teraz, ciągłe wymienianie opinii i wrażeń, artyści wałęsający się tu i tam.
Mi z pewnością wbił się pod tym względem w pamięć rok 2017. Chyba nikt w półfinale w pewnym momencie w moim mniemaniu nie mógł być pewny awansu, dodatkowo była to pierwsza Eurowizja, w trakcie której miałem tak ścisły kontakt z delegacją (miałem wraz z Maćkiem Sychowcem akredytację typu D). Pierwsze wejścia do hali na próbę Kasi, podgląd, jak całość będzie prezentowała się w telewizji, dyskusje z produkcją, emocje, poprawki. Ani w 2018, ani w 2019 aż tak wielkich emocji nie było.  To atmosfera, której nikt i nic nie jest w stanie zastąpić.