Wielu widzów zadaje sobie pytanie, dlaczego pewne kraje odnoszą sukcesy na Eurowizji, a inne nie. Skąd jedni nadawcy biorą dobre piosenki, a inni takich nie znajdują? Pod lupę wziąłem Szwecję, Portugalię, Ukrainę i Wielką Brytanię. Nadawcy publiczni z każdego z krajów prezentują skrajnie różne nastawienie do eurowizyjnych przygotowań. 

Ostatnio w Warszawie odbył się panel dyskusyjny na temat Konkursu Piosenki Eurowizji, zorganizowany w ramach Music Export Conference przygotowanego przez Ministerstwo Kultury. Tym bardziej warto przyjrzeć się podejściu nadawców do Eurowizji.

Szwecja – dom dla 10 milionów ludzi, królestwo socjaldemokracji oraz ogromna eurowizyjna maszyna, której operatorem jest słynny w eurowizyjnych kręgach Christer Björkman. Szwedzi od paru dobrych lat mogą pochwalić się kapitalnymi wynikami w konkursie. Złotą serię rozpoczął w 2011 roku Eric Saade, który zajął dla kraju trzecie miejsce. Od tamtej pory, z małymi wyjątkami, Szwecja zawsze plasuje się w pierwszej piątce finałowej, a dwa razy wygrała cały konkurs. Przyglądając się Melodifestivalen, czyli corocznemu festiwalowi wyłaniającemu reprezentanta Szwecji na Eurowizji, od razu widać, że wyniki osiągane przez naszych północnych sąsiadów nie są dziełem przypadku, a wyłącznie poważnego i rzetelnego podejścia nadawcy SVT do tematu.

SVT po finale Eurowizji zapowiada od razu obecność w kolejnej edycji konkursu. Kilka dni później, zawsze przed wakacjami, rozpoczyna zbieranie zgłoszeń na przyszłoroczne eliminacje. To od momentu rozpoczęcia przyjmowania zgłoszeń aż do finału ich selekcji daje około 10 miesięcy. Mnóstwo czasu. Proces ten zawsze rozpoczyna się rozmowami przedstawicieli telewizji z kompozytorami i artystami.  Do niedawna Björkman, zaś obecnie namaszczona przez niego Karin Gunnarsson aktywnie namawia artystów do udziału w preselekcjach, na co przykładem jest m.in. Margaret. Polska piosenkarka, która dotarła do finału Melodifestivalen 2018, wielokrotnie podkreślała w wywiadach profesjonalizm ekipy SVT, mnogość prób, sporą ilość czasu na próby sceniczne i oferty pomocy w jak najlepszym przygotowaniu występu.

Wspomniana wyżej Karin Gunnarsson jest bardzo wpływową postacią na szwedzkim rynku muzycznym. Jako przedstawicielka SVT utrzymuje kontakt z wytwórniami muzycznymi, a to, jako swego rodzaju partnerstwo publiczno-prywatne, daje efekty w postaci wzmożonego zainteresowania nie tyle artystów, co przede wszystkim wytwórni udziałem w Melodifestivalen. Przedstawiciele firm wychodzą z założenia, że nawet jeśli „ich” człowiek na Eurowizję nie pojedzie, to i tak wypromuje kolejny hit radiowy. Połowę, czyli 14 uczestników selekcji, wybiera panel jurorski, zaś drugą połowę – kierownik wykonawczy koncertów (Gunnarsson) wraz ze współpracownikami. Wartym podkreślenia jest fakt, że na scenie co roku możemy zobaczyć te same uśmiechnięte twarze wśród tancerzy czy chórzystów. Telewizja stawia bowiem na sprawdzoną ekipę. To sprawia, że prezentacje na Melodifestivalen są realizowane w taki sposób, że podczas tygodnia prób przed Eurowizją próby Szwedów są najnudniejsze, bo wiadomo, że występ wyglądać będzie dokładnie tak samo, jak dwa miesiące wcześniej w czasie selekcji.

Dobra prezentacja to jednak nie wszystko, powiedzą niektórzy. I będą mieli całkowitą rację, bo dobry utwór (o ile wykonanie jest wyborne) zawsze jakoś się wybroni. Telewizja, a raczej jej wielebni specjaliści, wiedzą doskonale, jakie utwory wybierać do stawki. Nikt mi nie wmówi, że MF to preselekcje o realnie wysokim poziomie. Eliminacje prezentują zwyczajnie muzykę niesłychanie przebojową i komercyjną. Równie istotne jest to, że artyści zgłaszający swoje utwory wiedzą, że ekipa nadawcy będzie robiła wszystko, aby ich wesprzeć w przygotowaniu dobrego występu. Innymi słowy – w szwedzkiej ekipie eurowizyjnej nie ma fuszerki, tylko czysta kalkulacja.

Kierując się na południowy zachód dotrzemy do  Portugalii, kraju nazywanego zresztą „Szwecją południa”, a to ze względu na kompletnie „niepołudniowe” usposobienie jej mieszkańców. Eurowizyjnie jest jednak skrajnie inna od Szwecji. Portugalia w swoim dorobku nie ma w zasadzie żadnych imponujących wyników, poza zeszłorocznym zwycięstwem Salvadora Sobrala, który pojawił się znikąd i wygrał Eurowizję. Nie dopatrywałbym się jednak w tym wyniku jakiejś nagłej, cudownej zmiany formatu, bo ona nie nastąpiła. Festival da Canção zostało takie samo, zaś po tylu latach udziału eurowizyjny Mesjasz trafiłby się każdemu nadawcy. Portugalska RTP do tej pory miała w nosie Eurowizję, a także miała wybór swojego reprezentanta. Nabór do Festival da Canção 2017 (wygrany przez Sobrala) ogłosiła w grudniu 2016 roku, a na trzy miesiące później zaplanowano finał preselekcji. Rozpoczęto przyjmowanie zgłoszeń i zorganizowano preselekcje, na które RTP zapraszała kompozytorów. Na tym aktywność telewizji się zakończyła, a sam festiwal co roku organizowany był byle jak, chaotycznie.

Jedna rzecz, która od lat charakteryzuje portugalskiego nadawcę w jego eurowizyjnych staraniach, to konsekwencja w stylistyce kwalifikujących się utworów. Preselekcje portugalskie z reguły nasycone są klasycznymi brzmieniami, tak jakby RTP chciała powrócić do Eurowizji sprzed kilkudziesięciu lat. To bardzo wyróżnia portugalską telewizję –  uważam, że gdyby Amar pelos dois było zgłoszone np. w wyżej omawianej Szwecji, to piosenka nie zakwalifikowałaby się nawet do właściwych preselekcji. Nieliczni nadawcy daliby szansę takiemu stylowi muzycznemu. I tu akurat należy bić RTP brawo. W tym roku, po sukcesie w Kijowie, telewizja portugalska postanowiła trzymać się konsekwentnie stylu muzycznego swoich preselekcji, jednak zobaczyć można było dużo większe zaangażowanie niż we wcześniejszych latach. Telewizja postanowiła położyć większy nacisk na rozmowy z kompozytorami. Zorganizowano dwa półfinały, które nie odbyły się w studiu w Lizbonie, tylko w znacznie większej hali w Guimarães. Co więcej, wybudowano piękną scenę, a głosowanie jurorskie rozdzielono na rejony Portugalii, które tak, jak kraje na Eurowizji, podawały swoją punktację. Wszystko wyglądało dużo lepiej. I gdyby główny faworyt do wygrania, Diogo Piçarra, nie zrezygnował z walki o Eurowizję po podejrzeniu o plagiat, podejrzewam, że Portugalia osiągnęłaby kolejny sukces na Eurowizj. Mimo bardzo słabego wyniku Claudii Páscoal (ostatnie miejsce w finale), w końcu widać zaangażowanie RTP w przygotowania do konkursu. To, że Portugalia nie ma w zasadzie żadnych sukcesów w Eurowizji nie oznacza, że ich preselekcje nadal są słabe. Są po prostu znacznie mniej komercyjne, niż choćby Melodifestivalen.

Nasi wschodni sąsiedzi, Ukraińcy, traktują Eurowizję bardzo serio, mimo tego, że w kraju w zasadzie wszystko jest beznadziejne – od zarobków, przez polityków, na nadawcy publicznemu kończąc. Telewizja ukraińska w Eurowizji widzi jednak ogromny potencjał, przez co, mimo częstych skandali i nieprzewidzianych sytuacji, bardzo przykłada się do Eurowizji. Finał narodowy (oraz półfinały) od kilku lat organizowany jest przez dwie telewizje – publiczną UA i prywatną STB. Dzięki takiej współpracy udaje się zainteresować konkursem wielu cenionych w kraju artystów. Nie bez znaczenia jest też fakt, że nadawcy na zgłoszenia dają sobie i artystom sporo czasu, a zwykle są to ponad trzy miesiące. W międzyczasie na antenie UA transmitowane są krótkie spoty informujące o trwającej „rekrutacji” i zachęcające do zgłaszania się do konkursu.

Pasmo sukcesów, jakie Ukraina odnosi w konkursie, przekłada się na mniejszy strach artystów przed zgłaszaniem się do preselekcji.  To takie pozytywne „błędne koło”, które najpierw trzeba było potoczyć. W przypadku Ukrainy siłą napędową było po prostu zaangażowanie w konkurs i starania, aby osiągnąć jak najlepszy wynik. Dzięki tym działaniom konkurs Eurowizji na Ukrainie jest traktowany prestiżowo, co jeszcze bardziej nakłania artystów do zgłaszania swoich propozycji. Nie byłoby możliwości, żeby konkurs był traktowany poważnie, gdyby nadawca nie podchodził do niego poważnie. W Ukrainie po prostu mądrze wykreowano wizerunek Eurowizji. Kończąc wątek ukraiński narażę się na krytykę, ale Ukraina zazwyczaj prezentuje utwory lekkie, często trochę tandetne i nadmiernie pompatyczne. A to na Eurowizji nadal się sprzedaje, choć, na szczęście, coraz mniej.

Podejście brytyjskiego BBC jest całkowitym przeciwieństwem tego, co reprezentuje SVT. Kompletny brak pomysłu i traktowanie jak przykry obowiązek widać w nieprzemyślanych decyzjach stacji. BBC co roku jakby chciała powiedzieć „Dobra, wtedy i wtedy robimy jakieś malutkie preselekcje, miejcie troszeczkę czasu na przygotowanie utworów, i jak chcecie, to się zgłaszajcie, a jak nie chcecie, to trudno”. Przypatrując się działaniom brytyjskiego nadawcy nie sposób nie odnieść wrażenia, że bierze on udział w Eurowizji wyłącznie dlatego, że tak po prostu wypada. Tak, jak zwyczajnie nie wypada pisać więcej na temat brytyjskich „starań”.

Nieważne, jaką drogę podejmie nadawca. Przykłady zwycięzców pokazują, że różne rodzaje wyboru się sprawdzają. Ważne, aby nadawca podchodził do konkursu rzetelnie i to jest jedyny, pewny klucz do sukcesu. Najważniejszym jest, aby to nadawca wyciągnął rękę do artystów, nie zaś czekał, aż oni sami to zrobią.

 

Foto: zetayarwood.com

1 KOMENTARZ

  1. Podejście BBC to wypisz-wymaluj podejście naszej TVP. Telewizyjne stworki budzą się ciut za późno, na zasadzie „ahaa, że trzeba coś z Eurowizją zrobić…”. Milczenie, milczenie potem BUM- jakiś tam dobór utworów, koncert w holu. Niedopracowana praca kamer, słabe prowadzenie, brak kontaktu z fanami.