Foto: Getty Images

To już czwarty odcinek cyklu, w którym przypominamy artystów, utwory i występy, które zdaniem wielu fanów Eurowizji powinny znaleźć się w finale Konkursy, a przepadły w półfinale. Dziś przyjrzymy się krajom Europy Środkowej.

Pod uwagę w naszym zestawieniu braliśmy prezentacje z 5 państw położonych geograficznie w samym centrum Starego Kontynentu: Austrii, Czech, Polski, Słowacji i Węgier. Poza lokalizacją łączy je inna cecha wspólna. Ich droga w Konkursie Piosenki Eurowizji od czasu wprowadzenia półfinału jest kręta i wyboista, a każde z nich ma za sobą doświadczenie związane z rezygnacją z udziału w tym największym wydarzeniu muzycznym na świecie. Najdłuższą przerwę odnotowuje Słowacja, która ostatni raz wystąpiła na eurowizyjnej scenie w 2012 roku. Najkrócej pauzowała Polska, którą ominęły jedynie edycje w Baku i Malmö.

Gdy myślimy o piosence z Europy Środkowej, która niezasłużenie przepadła w półfinale Eurowizji, często pierwszym skojarzeniem jest Horehronie. Wykonująca ją Kristína Peláková przebojem wygrała wszystkie etapy słowackich selekcji, a sam utwór w ciągu kilku tygodni podbił krajowe listy przebojów. Występ z finału eliminacji, umieszczony na oficjalnym kanale Konkursu w serwisie YouTube, równie szybko zdobył uznanie fanów z całej Europy. Do dziś wyświetlono go ponad 17 milionów razy, co czyni materiał jednym z najpopularniejszych na profilu Eurowizji i najchętniej oglądanym spośród wszystkich prezentacji, które nie awansowały do finału (kolejnym jest półfinałowy występ Julii Samojłowej z tego roku – 4,9 miliona odtworzeń).

Sympatycy widowiska wymieniali Słowację na liście potencjalnych zwycięzców, bardziej powściągliwi byli bukmacherzy, którzy oceniali szansę Słowaków na 10-12. miejsce w finale. Nikt jednak nie spodziewał się takiego rozmiaru klęski. Występująca jako czwarta Kristina zajęła przedostatnią, 16. pozycję i marzenia o historycznym sukcesie w Konkursie zniknęły za Horehroní. Co mogło przesądzić o porażce? Wspomagający wokal w tzw. bridge’u, daleki od wersji studyjnej i niespójny z całą kompozycją oraz zdenerwowanie artystki. Tak czy inaczej, Horehronie można uznać za jedną z najbardziej niedocenionych kompozycji w historii Eurowizji.

Jeśli spojrzymy na historię startów Polski w Eurowizji od czasu wprowadzenia półfinału do wycofania się z Konkursu (lata 2004-2011), można powiedzieć, że prawie za każdym razem byliśmy obrabowani z finału, niezależnie od tego, czy wysyłaliśmy utwory z domieszką folku, nastrojowe ballady, czy uznanych artystów lub wschodzące gwiazdy krajowej sceny. Efekt prawie zawsze był identyczny – brak awansu do finału. Kolejny rok i kolejne selekcje z formatem, który nie sprawdzał się, za to z piosenkarzami nieznanymi szerokiej publiczności. Promieniem nadziei miała być Magdalena Tul, której umiejętności wokalne, obycie sceniczne i przebojowy numer dawały wiarę w to, że Jestem powalczy o byt w finale.

Reakcje przed Konkursem w Düsseldorfie były pozytywne – Polskę w gronie faworytów wskazywały krajowe oddziały OGAE (10. miejsce w corocznej ankiecie Stowarzyszenia Miłośników Konkursu Piosenki Eurowizji) oraz bukmacherzy, za każdym razem plasując ją w finale stawki. Co nie zagrało w pierwszym półfinale? Absolutnie wszystko: numer startowy, spóźniona praca kamer, wokal wspierający, kłopoty techniczne z odsłuchami i w zasadzie brak ciekawego konceptu na występ.

19-letnia w chwili Konkursu w Malmö Natália Kelly również była kandydatką do awansu do finału. Kraj powrócił do muzycznej rywalizacji zaledwie dwa lata wcześniej, zajmując najpierw 18. pozycję w finale i następnie, po nieco wulgarnej prezentacji formacji Trackshittaz, 18. miejsce w półfinale. Utrzymany w średnim tempie utwór Shine miał być receptą na powrót państwa do ścisłej czołówki, głównie dzięki prostocie formy i umiejętnościom wokalnym młodej Austriaczki. Z tym ostatnim trudno się nie zgodzić, co ostatecznie doceniło jury, w głosowaniu którego zajęła szóstą lokatę. Prawdopodobnie pierwszy numer startowy i nieco nudny występ spowodowały, że telewidzowie z całej Europy nie oddawali głosów na Austrię i ta w zestawieniu publiczności uplasowała się na przedostatnim miejscu, co łącznie przełożyło się na 14. pozycję i zaledwie 27 punktów.

Hope never dies – być może właśnie tytułem konkursowej piosenki żyła delegacja czeskiego nadawcy, przystępując do rywalizacji w Eurowizji po pięciu latach przerwy. Wewnętrznie wybrani zostali Marta Jandová i Václav Noid Bárta, czyli duet doświadczonych wokalistów, od kilkunastu lat odnoszących umiarkowane sukcesy na lokalnym rynku muzycznym. Trzeba przyznać, że emocjonalna czeska kompozycja nie była w gronie faworytów do awansu, jednak nieco dramaturgiczny występ na żywo zrobił  pozytywne wrażenie, które przełożyło się na miejsce w TOP 10 telewidzów głosujących podczas drugiego półfinału. Do finału zabrakło jednak aż 20 punktów, co było rezultatem niższej, 12. lokaty w zestawieniu jurorów.

W tym roku również mogliśmy się czuć obrabowani z finału. Ulubieńcy telewidzów  z Krajowych Eliminacji, Gromee i Lukas Meijer, wygrywają je i po raz pierwszy od trzech lat Polska wysyła na Eurowizję dynamiczny utwór. Light me up tuż po selekcjach błyskawicznie podbiło wszystkie polskie stacje radiowe, a utwór dj-a i producenta muzycznego z Krakowa zaczęły grać także rozgłośnie zagraniczne. Coraz większy sukces komercyjny piosenki nakręcał oczekiwania, że podtrzymamy szczęśliwą passę i piąty rok z rzędu awansujemy do finału. Katastrofy nie zapowiadały ani notowania bukmacherów, które do samego końca umieszczały nas w dziesiątce najlepszych krajów drugiego półfinału, ani typowania dziennikarzy, zgodnie będący pewni sukcesu polsko-szwedzkiego zespołu. Nie pomogły fajerwerki, nie pomogła promocja, przede wszystkim nie pomogło jury, które łącznie przyznało nam zaledwie 21 punktów, co przy 10. rezultacie u telewidzów pozwoliło zapomnieć o wielkim finale z udziałem Polski.

A  Wam, jakich piosenek z państw Europy Środkowej zabrakło w finale w ostatnich 15 latach? Czekamy na Wasze komentarze!

Źródła: esctoday.com, eurovision.tv, eurovisionworld.com, wiwibloggs.com, youtube.com, opracowania własne.

1 KOMENTARZ

  1. Moje pierwsze skojarzenie to również Kristína Peláková. Może nie spodobały się dziwne stroje? Nie wiem, w każdym razie piosenka nie zasługiwała na takie potraktowanie. Rezultat to jedno z moich największych negatywnych zaskoczeń w historii Eurowizji (inne to tegoroczna zwyciężczyni). Jak tu teraz namawiać Słowaków do powrotu?
    Natomiast odpadnięcie Magdaleny Tul nie zdziwiło mnie. Sama piosenka jakoś nieszczególna.