Fot. tel-aviv.gov.il

Choć do finału tegorocznej Eurowizji pozostało mniej niż osiem tygodni, nadal nie znamy kilku bardzo ważnych szczegółów. I nie mówimy tu o kolejności występów czy gościach specjalnych. Nierozwiązane pozostają wciąż kwestie finansowe czy logistyczne.

64. Konkurs Piosenki Eurowizji miał być wyjątkową szansą dla Izraela, czy to w kwestii promocji kultury tego kraju, czy w kwestii polityki zagranicznej. Organizacja wydarzenia takiej rangi miała ukazać, że w państwie, które posiada kilku wrogów tuż przy granicach, jest mimo wszystko bezpiecznie. Rząd izraelski nadal jednak nie podjął żadnych kroków w sprawie dofinansowania widowiska. Obecnie odpowiedzialnością przerzucają się kolejne ministerstwa na tyle skutecznie, że za zdecydowaną większość zdarzeń muszą płacić izraelski nadawca KAN, miasto Tel Awiw oraz… fani konkursu.

Rząd miał na cel organizacji konkursu przeznaczyć sumę 110 milionów szekli (niespełna 115 milionów złotych), jednak jak na razie zgodził się na zwiększenie 15-letniej pożyczki dla KAN do kwoty 70 milionów szekli. Ogólny budżet wydarzenia zatem zmniejszył się ze 150 do 120 milionów szekli. Tel Awiw przeznaczył 30 milionów szekli na wydarzenia „plenerowe”, takie jak Eurovillage, imprezy uliczne czy stanowiska z jedzeniem.

W maju do Izraela ma zjechać około 1500 dziennikarzy z całego świata, co jest liczbą większą od akredytowanych przedstawicieli mediów z wizyty Baracka Obamy w 2013 roku czy zeszłorocznej pielgrzymce papieża Franciszka. Rządowe Biuro Prasowe ma przedstawić dla dziennikarzy broszurę „Izrael ponad konfliktem”, natomiast Tel Awiw ma zapewnić darmowy wstęp do muzeów. Oprócz dziennikarzy przewiduje się, że do Izraela na Eurowizję przyjedzie około 10 tysięcy turystów. Choć początkowe przewidywania mówiły nawet o 18 tysiącach, wysokie ceny biletów na koncerty i noclegów w hotelach spowodowały ten znaczący spadek. W porównaniu z zeszłorocznym wynikiem w turystyce izraelskiej (wówczas kraj odwiedziło ponad 4 mln turystów), nic dziwnego, że minister turystyki Jariw Lewin (Yariv Levin) stwierdził, że:

Jeśli chodzi o liczbę zagranicznych turystów to Eurowizja jest ciekawym wydarzeniem, lecz nie robi ono większej różnicy.

Swoiste „odrzucenie” Eurowizji stoi w kontraście wobec zeszłorocznego Giro d’Italia, którego część odbyła się (wbrew nazwie) właśnie w Izraelu. Wówczas w organizację i promocję wydarzenia włączył się sam premier Izraela Binjamin Netanjahu. Tym razem, co najwyżej zapewnił przedstawicieli Europejskiej Unii Nadawców, że rząd dołoży wszelkich starań do kwestii bezpieczeństwa wszelkich uczestników Eurowizji.

Co z kwestią szabatu? Wszak sobotni finał odbędzie się tuż po jego zakończeniu, czyli dojazd do areny będzie niemożliwy do momentu tuż przed otwarciem bramek, podobnie jak na wydarzenia piątkowego wieczoru i próby przed konkursem. Jak stwierdził Gidi Schmerling, rzecznik prasowy telawiwskiego ratusza, „znajdziemy rozwiązanie”.

Wiele pytań pojawia się w tej chwili, a możliwe że nowe dojdą też tuż przed konkursem. Za dwa tygodnie odbędą się bowiem w Izraelu wybory parlamentarne. Dyskusje polityczne i tworzenie nowego rządu mogą odsunąć Eurowizję na drugi bok. Czy tak się faktycznie stanie? Przekonamy się już niebawem.

Źródło: haaretz.com, timesofisrael.com, youtube.com

1 KOMENTARZ