Michał Szpak po ponad dwóch latach oczekiwania zaprezentował drugi album studyjny, zatytułowany Dreamer. Reprezentant Polski w 61. Konkursie Piosenki Eurowizji po raz kolejny pokazał, że ma bardzo dobre warunki wokalne oraz niespotykany talent do zgrabnego łączenia rocka z muzyką festiwalową.

Po wydaniu debiutanckiej EP-ki o tytule XI niewielu słuchaczy wróżyło Michałowi Szpakowi sukces na rynku, co potwierdziło się po premierze pierwszego długogrającego krążka pt. Byle być sobą z 2015 roku. Po wyjeździe na Eurowizję do Sztokholmu wszystko się jednak zmieniło, a po udanym występie Szpak z miejsca podbił wyniki sprzedaży swoich płyt. Nic dziwnego, że oczekiwania związane z drugim albumem znacznie wzrosły, a na premierę nowego krążka zaczęły czekać nie tylko jego najwierniejsze fanki.

Na całkiem nowy materiał Michał Szpak kazał sobie chwilę czekać, po drodze do ostatniej kropli wyciskając sukces z eurowizyjnego Color of Your Life. Z czasem coraz odważniej prezentował publiczności nowe kawałki, którymi skutecznie robił apetyt na więcej. Najpierw zaproponował do bólu festiwalowe, ale szybko wpadające w ucho Don’t Poison Your Heart. Później ukazał nowy kierunek swojego artystycznego rozwoju w sensualnych King of the Season Rainbow. Oba single zawierają w sobie pewną tajemnicę, której raczej próżno było szukać na Byle być sobą. Proste melodie z debiutu zostały skutecznie zastąpione przez głębsze w treści dźwięki, zachęcające do wieczornych refleksji np. przy kieliszku dobrego, białego wina.

Dreamer jest bez wątpienia bardziej zróżnicowany muzycznie od Byle być sobą. Oczywiście, i tym razem nie brakuje festiwalowych szlagierów, których wykonaniem na żywo Michał Szpak rozkocha w sobie kolejne setki fanek (Don’t Poison Your Heart czy Blue Moon). Od razu można wyczuć za to mocne inspiracje projektami symfonicznymi, w których piosenkarz brał udział w czasie powstawania albumu. Znaczna większość piosenek przepełniona jest smyczkami i wariacjami instrumentalnymi. Wyróżnić można tutaj np. świetny Way to the Stars, który z chęcią usłyszałbym w radiu, a także „georgemichaelowy” Let Me Dream, jakby żywcem wyciągnięty ze ścieżki dźwiękowej do jakiejś komedii romantycznej, oraz melodyjny Stronger z genialnym motywem saksofonowym w tle.

Za piosenki z płyty Dreamer odpowiadają w większości ci sami twórcy, którzy pracowali nad materiałem z Byle być sobą, czyli Sławomir Sokołowski i Aldona Dąbrowska. Słychać to chociażby w produkcji, dość charakterystycznej dla twórczości Michała Szpaka. W nowych piosenkach można znaleźć jeszcze więcej sznytu rockowego. Wielbicielom rocka zdecydowanie przypadnie do gustu tytułowy Dreamer (Thanks to You My Friends) będący połączeniem mrocznej twórczości zespołu No Doubt z popowym potencjałem piosenek Kelly Clarkson. Fanom skromniejszych, akustycznych brzmień gitary spodoba się bezpretensjonalne Sweet Cherry, rockowe przyjemności zapewni instrumentalne Together, wstawki rockowe znajdziemy też na King of the Season, a tym, którzy lubują się w tajemniczych, „stingowych” numerach, z przyjemnością polecam Stronger.

Mocne instrumentarium i niebanalne melodie odciągają uwagę nawet od lingwistycznych mankamentów Michała Szpaka, które wciąż przeszkadzają w słuchaniu jego śpiewania po angielsku. Zwłaszcza, że (w przeciwieństwie do Byle być sobą) tym razem na płycie mamy do czynienia tylko z anglojęzycznym repertuarem. Podobnie jak przy pierwszej płycie, także i teraz warstwa tekstowa piosenek stanowi o byciu silnym i niezależnym w dobie wszechobecnego oceniania siebie nawzajem. Nie brakuje też tematu uczuć, w tym – a jakże – miłości i namiętności.

Na rozszerzonej wersji Dreamer nie zabraknie niespodzianek dla tych, którym Michał Szpak kojarzy się najlepiej podczas występów scenicznych. Na płycie umieszczono aż sześć koncertowych nagrań piosenek z Byle być sobą, w tym znanego z festiwalu w Opocie Real Hero (pol. Jesteś bohaterem), a także – oczywiście – eurowizyjnego Color of Your Life z wywołującym niezłe ciarki na plecach smyczkowym wstępem.

Wyjazd na Eurowizję zdecydowanie pozwolił Michałowi Szpakowi i jego ekipie na otworzenie się na międzynarodowy rynek. Na szczęście piosenkarz nie zachłysnął się desperackimi dążeniami podboju świata, zamiast tego proponując po prostu dobre kawałki, których nie powstydziłby się chociażby Hozier czy wielu innych, rockowo-alternatywnych twórców.