30 września Jon Ola Sand oficjalnie poinformował, że po 9 latach ustępuje ze stanowiska głównego producenta wykonawczego Konkursu Piosenki Eurowizji. Czas ten to z pewnością umacnianie pozycji wydarzenia w oczach nadawców, dziennikarzy oraz opinii publicznej, jednak i wiele kontrowersji. Dotyczyły one przede wszystkim ignorowania problemów związanych z nowymi formułami głosowania oraz angażowania co roku w produkcję wydarzenia tych samych osób…

Gdy poprzednik Jona Oli Sanda, Svante Stockselius, rezygnował jesienią 2010 roku z funkcji głównego producenta wykonawczego Konkursu Piosenki Eurowizji, pozycja widowiska była umiarkowanie stabilna. Rok wcześniej zaszły zmiany w systemie głosowania (wprowadzenie jury), utwory zwycięzców dwóch ostatnich edycji – Alexandra Rybaka oraz Leny – zdobyły popularność na europejskich rynkach i wydawało się, że po okresie stagnacji przyszedł czas na znaczące podniesienie poziomu widowiska. Zadanie to stało właśnie przed nowym kierownikiem wykonawczym Eurowizji, którym 26 listopada 2010 ogłoszona Norwega Jona Olę Sanda. Wcześniej był on m.in. szefem norweskiej delegacji (1998-2005). Jak poradził sobie z powierzonymi mu zadaniami?

Eurowizja: produkcja show w rękach tych samych osób

Z technologicznego i realizacyjnego punktu widzenia – dobrze. Nie od dziś wiadomo, że Konkurs Piosenki Eurowizji jako widowisko telewizyjne nie ma sobie równych w Europie, jak i na świecie, za co zdobywa liczne nagrody (m.in. prestiżowe Venice Tv Award za najlepszą technologię i innowacyjność). Jednak warto mieć na uwadze, że w minionych latach za konkurs w materii produkcyjnej odpowiadały wciąż te same osoby, co nieco przeczy idei różnorodności, znajdującej się u podstaw Eurowizji. Lokalna produkcja straciła przez to należne jej miejsce.

Christer Bjorkman jako producent był zaangażowany w 2013, 2016 oraz od 2017 do 2019 roku, czyli pięć razy. To samo tyczy się Oli Melziga, który jako dyrektor techniczny miał główny wpływ na kształt konkursu aż siedem razy: w 2009, 2010, 2013 oraz od 2016 do 2019 roku. Warto jednak odnotować, że z Konkursem Piosenki Eurowizji w różny sposób związany był od… 2000 roku. Z kolei pochodzący z Niemiec Florian Wieder był autorem koncepcji scen konkursowych w 2011, 2012, 2015 oraz od 2017 do 2019 roku, czyli aż 6 razy. Czy konkurs, mający u podstaw promowanie różnorodności i heterogeniczność powinien iść w kierunku monopolizacji i hegemonii?

Eurowizja 2013: Azerbejdżan kupował głosy?

W 2013 roku głośno było o nagraniach krążących w sieci, które miały być dowodem na kupowanie głosów przez przedstawicieli Azerbejdżanu. Według relacji mediów, nabywali lokalne karty SIM (m.in. na Litwie) i dawali je studentom, wraz z symbolicznymi łapówkami. W zamian beneficjenci mieli oddawać głosy na Azerbejdżan w systemie audiotele. Co więcej, korzyści majątkowe („które starczyłyby na rok życia”) miały być oferowane również przedstawicielom profesjonalnego jury, m.in. na Litwie, w Albanii i na Malcie, o czym rozpisywały się media na całym świecie.

Co na to Europejska Unia Nadawców? Wszczęła wewnętrzne śledztwo „na szeroką skalę”, jednak ostatecznie z powodu „braku jednoznacznych powiązań” z nadawcą azerskim sprawa ucichła i nie zostały wyciągnięte żadne konsekwencje.

Eurowizja: oskarżenia o korupcję

W tym samym roku głośno było również o pretensjach Rosjan po finale Eurowizji. Nie ukrywali oni oburzenia, że ich reprezentantka, Dina Garipowa, nie otrzymała od sąsiedniego Azerbejdżanu ani jednego punktu w trakcie sobotniego koncertu. Do sprawy odniosła się nawet Bonnie Tyler, przedstawicielka Wielkiej Brytanii w ówczesnym konkursie. „Następnego dnia po finale zawiedzeni Rosjanie pytali Azerów, dlaczego nie otrzymali od nich 10 punktów, za które zapłacili”, twierdziła.

Jakby tego było mało, przy okazji tej afery powoływano się na przedstawicieli telewizji francuskiej, którzy już w 2010 roku mieli powiedzieć o kolegach po fachu z Azerbejdżanu, że „w kupowanie głosów kraj ten wpompował miliony”.

Fani śledzący Eurowizję zarzucają również EBU bierność w kwestii dostrzegania zależności w głosowaniach niektórych państw, jak choćby to, że przedstawiciele jury azerskiego rokrocznie umieszczają reprezentantów Armenii na ostatnim miejscu w rankingu (z wzajemnością).

Eurowizja Jona Oli Sanda: problemy z głosowaniem

System głosowania w trakcie dziewięciu lat przeszedł kilka poważnych zmian. W założeniu miały one zwiększyć sprawiedliwość ocen (układanie pełnego rankingu, a nie jedynie TOP10 najlepszych utworów) oraz podnieść emocje towarzyszące głosowaniu (rozdzielenie głosowania widzów i jurorów, podawanie zsumowanych punktów od tych pierwszych).

Rewolucja przyszła także w tym roku, gdy stwierdzono, że o ile zasady głosowania pozostaną te same, o tyle sposób ich prezentacji należy zmienić: tym razem punkty widzów wyczytywano zgodnie z pozycją, którą dany kraj zajął w rankingu jurorskim. Choć miało to jeszcze bardziej zwiększyć emocje towarzyszące finałowemu głosowaniu, wśród widzów i fanów pojawiły się głosy, że wprowadziło to chaos i konsternację. Powód? Przy podawaniu najwyższych not nie było wiadomo, ile jeszcze punktów zostało do rozdania w puli a w związku z tym, ile do wygranej będą potrzebowały kraje, którym jeszcze ich nie przyznano.

Eurowizja 2019: wpadki w trakcie głosowania

Jakby tego było mało, w trakcie Eurowizji 2019 miało dojść do kilku poważnych wpadek związanych z głosowaniem jurorskim zarówno na etapie półfinałów (Czechy, Rosja), jak i finale (Białoruś). Te ostatnie poddano korekcie po zakończeniu show. Kontrowersje budził także ranking głosów widzów, opublikowany po finale na stronie internetowej przez nadawcę włoskiego RAI. Różnił się on od tego, który został przedstawiony przez EBU. Tłumaczenie organizacji, jakoby Włosi mieli wziąć pod uwagę także głosy, które spływały już po zakończeniu regulaminowego głosowania, wywołał u niektórych uśmiech politowania.

Podobnie jak problemy z głosowaniem w trakcie finału Eurowizji Junior 2017, kiedy to aplikacja padła i nikt nie był w stanie wskazać za jej pomocą swojego faworyta. Zapytany przez prowadzących Jon Ola Sand zapewnił jednak, że awaria nie miała wpływu na ostateczny rezultat…

Jeśli dodać do tego oskarżenia o kumoterstwo (głosowanie niektórych członków jury, jak Lisy Ajax w 2016 roku na kompozycje stworzone przez producentów, z którymi pracowała) i fakt, że za przebieg głosowania wciąż odpowiedzialna jest ta sama niemiecka firma (Digame), nic dziwnego, że co roku ten element Eurowizji wzbudza ogromne kontrowersje…

Eurowizja Jona Oli Sanda: problem Australii i wpadki

Wciąż niejasnym pozostaje również w konkursie status Australii. Złośliwi twierdzą, że EBU zapraszając nadawcę SBS do udziału w Eurowizji kierowała się zasadą „pecunia non olet”.  Bo jak inaczej wytłumaczyć, że z jednego gościnnego występu oraz udziału w finale widowiska rok później kraj stał się regularnym uczestnikiem widowiska? Argument o związkach tego kraju z Eurowizją nie przekonuje wszystkich, zaś fani konkursu co roku w maju muszą odpowiadać na kłopotliwe pytania znajomych: „Ale co na tej scenie robi artysta z Australii?!”. Odpowiedź może być tylko jedna: „wina Sanda!”.

Sytuacji nie poprawiają również wpadki, do których dochodziło w poprzednich latach w trakcie finału transmitowanego na żywo. Dwa lata z rzędu na scenę wtargnęły osoby z widowni. W 2017 roku (w trakcie występu Jamali w interval act) oraz 2018 roku (w trakcie występu reprezentantki Wielkiej Brytanii, Surie). Media podkreślały, że w ten sposób artystki zostały narażone na niebezpieczeństwo, zaś procedury zabezpieczające widowisko powinny ulec zmianie.

Eurowizja Jona Oli Sanda: wzrost znaczenia widowiska

Wypada jednak oddać Norwegowi, że dzięki dwóm edycjom: z 2014 i 2016 roku technologicznie Eurowizja poszła naprzód i stała się widowiskiem nie tyle na światowym poziomie, ile wyznaczającym trendy w realizacji i produkcji telewizyjnej. A to dla tego rodzaju wydarzenia rzecz nie do przecenienia.

Co więcej, m.in. dzięki hasłu #JoinUs Eurowizja zyskała drugie życie… w sieci. W ostatnich latach konkurs nastawiony jest na Internet i jego użytkowników. Publikowanych jest wiele materiałów zakulisowych i wywiadów z artystami, co czyni show bardziej nowoczesnym i dynamicznym. Daje również konkursowym utworom i występom drugie życie i pomaga w zdobyciu popularności na rynkach lokalnych i regionalnych.

Nie można także zapomnieć, że „Euphoria” i „Heroes” to piosenki o statusie europejskich hitów i dowód na to, że Eurowizja wciąż może lansować przeboje o znaczącym zasięgu. Z kolei zwycięstwa Jamali, Salvadora Sobrala i Duncana Laurence’a zaprzeczają powtarzanemu przez lata jak mantra argumentowi, że najstarsze cykliczne widowisko telewizyjne na świecie to platforma dla utworów szybkich, łatwych i przyjemnych, na której nie ma miejsca na artyzm, alternatywę i sztukę przez duże „sz”.

Eurowizja: Jon Ola Sand i… co dalej?

Należy również odnotować, że oglądalność Eurowizji utrzymuje się na stabilny, dobrym poziomie, dzięki czemu wciąż znajduje się w ścisłej czołówce, jeśli chodzi o zasięg niesportowych wydarzeń tego kalibru na świecie.

Jak zatem zapamiętamy rządy Jona Oli Sanda? Z pewnością był to wzrost znaczenia Eurowizji w branży muzycznej, czas lansowania przez konkurs hitów o zasięgu europejskim i rozwijania sposobu produkcji widowiska. Z drugiej strony kontrowersje związane z angażowaniem do tego tych samych osób, z głosowaniem i zmianami, które niekoniecznie były dla widzów czytelne to plama na z pozoru nieskazitelnym wizerunku Norwega.

A co przyniesie przyszłość? Jak śpiewała w 1997 roku w Dublinie Anna Maria Jopek: „nie wiem… i wiem”. Z pewnością nie będzie to czas rewolucji a – podobnie jak do tej pory – ewolucji, ponieważ to ona z punktu widzenia ogromnego widowiska telewizyjnego gwarantuje przetrwanie.

Zdjęcie: Europejska Unia Nadawców/EBU

1 KOMENTARZ

  1. Rozdzielenie głosowania jury i widzów to niewątpliwie sukces. Można mieć zastrzeżenia co do stylu prezentacji punktacji, ale ogólnie projekt wypalił. Jedyną niesprawiedliwością wydaje się fakt, że aby zdobyć jakiekolwiek punkty, trzeba być w którymś z głosowań w pierwszej dziesiątce. Jak ktoś zajmie same 11. pozycje, to dostanie 0 pkt od wszystkich krajów. Aby to zniwelować, trzeba by wprowadzić nie tylko układanie przez każdego jurora i ogółu telewidzów pełnej tabeli od 1. do 26. miejsca, ale i przyznawanie przez nich 1 pkt za miejsce przedostatnie, 2 za trzecie od końca itd. aż do miejsca pierwszego. Tylko jak to później zaprezentować, aby widzowie się połapali…
    Natomiast największą porażką pana Sanda jest nierozwiązanie kwestii ustawionych głosowań, co Redakcja słusznie przytacza.