Okres przed Eurowizją jest dla biorących w niej udział artystów bardzo gorący. Chyba każdy z nich zmierza się z dylematem – co zmienić i jak zmienić zarówno w konkursowym utworze, jak i występie. Dziś zadamy sobie jednak pytanie – czy na pewno warto rewolucjonizować coś, co już dobrze działa? Zastanowimy się także, dlaczego wybrani selekcyjnie faworyci mają łatwiej.

Dobry eurowizyjny występ to prawdziwa sztuka. Do sukcesu nie wystarczy tylko dobra piosenka – niestety, wbrew popularnemu przekonaniu, że utwór obroni się sam, na dobrą ostateczną lokatę wpływają również m.in. wykonanie, charyzma wykonawcy, aranż piosenki, prezentacja sceniczna, czy czynniki geopolityczne. O ile na ostatnie ciężko jest wpłynąć, o tyle czy dana propozycja eurowizyjna spełnia pozostałe standardy można w łatwy sposób sprawdzić. Jak? Poprzez selekcje!

Umiejętności wokalne jak i sceniczne wykonawców można skontrolować poprzez talent show – dlatego też ten format selekcyjnego wyboru reprezentanta cieszy się ostatnio coraz większą popularnością (więcej na ten temat można przeczytać tutaj).

Jak to jest z piosenką samą w sobie? Jak fakt takiego a nie innego ułożenia dźwięków czy też zastosowanie danego aranżu utworu może wpłynąć na „zmuszenie” widza do oddania głosu na daną piosenkę? Zapewne wybitni specjaliści dokładnie wiedzą, jak stworzyć melodię idealnie wpasowującą się w gusta przeciętnego głosującego. Jednak nawet największe muzyczne „mózgi” mogą się przeszacować bądź źle dobrać piosenkę do wykonawcy. Co wtedy?

Co więcej, mówimy Konkursie Piosenki EuroWizji – już w nazwie ulubionego muzycznego wydarzenia Europejczyków wiele jest zawarte. Nie jest to konkurencja, w której liczą się tylko utwory. Ważna jest także Wizja – czyli innymi słowy występ sceniczny. To co widzimy nie jest aż tak samo ważne, jak to co słyszymy, ale stanowi jedną z mocniejszych składowych mających wpływ na ostateczny wynik eurowizyjnej propozycji. Występ nie tylko sam w sobie musi być dobry, ale przede wszystkim powinien pasować do piosenki. Może się okazać, że wymyślna choreografia czy drogie efekty specjalne przytłoczą utwór.

Selekcje rewidują takie potknięcia. Wiele razy murowani faworyci przedselekcjyjni przegrywali z kimś, kogo nikt o zwycięstwo nie podejrzewał. Nie tylko poprzez słaby występ. Czasem po prostu okazuje się, że niepozorny utwór może dawać niesamowity efekt na żywo. Niech mocnym przykładem będzie tutaj… Michał Szpak. Wykonawca przed Krajowymi Eliminacjami gubił się w tłumie swoich konkurentów. Swoim zwycięstwem zszokował prawie wszystkim (no może poza wiernymi fanami). Pomimo nie zawsze przychylnych komentarzy wokalista zdecydował się nie zmieniać nic ani w piosence, ani występie. To co zadziałało w selekcjach przyniosło także sukces na samej Eurowizji. Tymczasem Margaret, która ponoć miała wygrać cały Konkurs, poległa w przedbiegach nie tylko dzięki nienajlepszemu wokalowi, ale też do jej klęski przyczyniły brzydkie stroje tancerek i… majtki widoczne spod sukienki. Choć tu akurat zawiniły nienajlepsze ujęcia kamery. W tym sezonie wielkie przegrane faworytki  to między innymi Kerli z Estonii czy Emma z Finlandii – nie potrafiły one pokonać mocnego wrażenia, jakie wywarły na widzach Werona oraz Czarny Ptak – co szczególnie w drugim przypadku było zaskoczeniem dla wszystkich, łącznie z ekspertami. Kolejnym zaskoczeniem była wygrana piosenki Grab The Moment w Norwegii – utwór, na którego prawie nikt nie zwracał uwagi przed selekcjami, okazał się w połączeniu ze zgrabną prezentacją sceniczną wywierać bardzo dobre wrażenie na żywo. Pomimo tego, że norweska propozycja nie radzi sobie jakoś wybitnie w rankingach, można się spodziewać, że nie będzie ona raczej ostatecznie zamiatać dołów.

Czasem ktoś wpada na pomysł, że może jednak wypadałoby coś ulepszyć – czy też w występie, czy w piosence. Może to przynieść dobry efekt. Spójrzmy chociażby na przykład gruziński. Dwa lata pod rząd reprezentanci tego kraju dostawali wsparcie specjalistów zarówno w kontekście revampu, jak i przygotowania występów. W obu przypadkach doświadczenie Thomasa G:Sona oraz Sashy Jean Baptiste przyniosło bardzo dobre rezultaty. Podobnie dobrze na zmianie wyszedł w zeszłym roku reprezentant Izraela, Hovi Star, który wprowadził mocne zmiany do przygotowywanej na kolanie piosenki.

Niestety jednak, większość przypadków ingerencji nie kończyła się zbyt dobrze. Przyjrzyjmy się ubiegłemu rokowi. Zaczynając od mniejszych grzeszków scenicznych, które przyczyniły się do nie tak dobrego wyniku jak zakładano – niepotrzebne eksponowanie niezbyt atrakcyjnego chórku w prezentacji węgierskiej Freddiego czy zmiana kolorystyki z czerwonej na bardzo niepasującą do łotewskiego wykonawcy Justsa zgniłozieloną. Obaj panowie wbrew przewidywaniom nie trafili do top 10. Dużo gorzej skończyli reprezentanci Białorusi – Ivan oraz Estonii Juri Pootsman. Piosenki tych wykonawców, które w finałach selekcji okraszone były zgrabnymi, minimalistycznymi występami, na Eurowizji zaprezentowane zostały w tak przekombinowany sposób, że aż ciężko było na to patrzeć. Efekt zmian? Dwie porażki.

Kilka krajów nagrzeszyło również revampami. Pomijając tradycyjny grzeszek albański (sprawę tego kraju omówimy poniżej), dwie inne przeróbki zaserwowały nam Hiszpania oraz Islandia. Już po pojawieniu się nowych wersji piosenek, w których zaszły teoretycznie tylko kosmetyczne zmiany, spora część fanów zaniepokoiła się: czy te wersje są aby na pewno tak samo skuteczne jak stare? Rozsądnie myślący stwierdzili, że zmiany są na tyle mało istotne, że nie zaszkodzą faworytkom fanów. Okazało się jednak, że obie przepadły z kretesem… Podobnie jak maltańska wojowniczka Amber rok wcześniej, która przecież teoretycznie nie zmieniła nic wielkiego w swojej piosence.

Teoretycznie – to słowo klucz. Utwór muzyczny jest na tyle delikatną strukturą, że z pozoru niewinne w nim zmiany mogą zmienić kompletnie jego odbiór. Jeśli za revamp weźmiemy się nie do końca umiejętnie, z dobrej piosenki może powstać zakalec. Często my, fani Eurowizji, nie zdajemy sobie do końca jak wielką zmianę może poczynić revamp, ponieważ jesteśmy już tak przyzwyczajeni do pierwszej wersji, więc na nasz odbiór utworu wpłynąć może jeszcze pamięć o wrażeniu, jakie wywarła na nas poprzednia jego wersja.

Kto w tym roku najbardziej zaryzykował wprowadzając zmiany w przepisach na smakowite muzyczne potrawy? Estonia, Szwajcaria, Wielka Brytania, oraz wybrana wewnętrznie Francja. Wszystkie te kraje należą do dobrze w tym roku ocenianych. Jednak revampy uważa się raczej za słabsze od pierwotnych wersji. Czy kraje te popsuły swoje szanse na dobry wynik? O tym jak zjadliwe są nowe receptury przekonamy się w maju.

Podsumowując ten wątek podam przykłady dwóch krajów. Jeden z nich nie wprowadza niemalże żadnych zmian do swoich utworów i występów, drugi mocnych zmian trzyma się co roku. Szwecja i Albania. Zwróćmy uwagę na różnicę w skuteczności występów w tych dwóch przypadkach. Pikanterii dodają epizody w których zachodzą odstępstwa od reguły. Szwecja od 2011 roku do top 10 nie trafiła tylko raz – kiedy to w 2013 Robin Stjernberg zaingerował w swój występ. Albania zaś w tym samym czasie awansowała do finału zaledwie dwa razy. W pierwszym wypadku, dzięki Ronie Nishilu, kiedy nie zmieniła w piosence prawie zupełnie nic, za drugim zaś razem kiedy… odrzuciła utwór wybrany poprzez FiK dla Elhaidy Dani i na ESC wysłała zupełnie nową kompozycję. Przypadek?

Patrząc na ostatnie lata łatwo zauważyć, że przedeurowizyjni faworyci, którzy na ESC trafili dzięki selekcjom, bez problemu wygrywali potem cały Konkurs. Zarówno Aleksander Rybak, Lena, Loreen, Emilka z Lasu czy Mans Zermerlow zgodnie z przewidywaniami rozgromili konkurencję. Wybrani wewnętrznie mocni kandydaci do eurowizyjnego zwycięstwa przepadali zaś z kretesem. Dlaczego?

Zachodzi tutaj efekt podświadomego oceniania teledysku, który przy wyborach wewnętrznych jest często dla nas jedynym punktem odniesienia (pomijając koncerty promocyjne). Dobrze zrealizowany ruchomy obrazek potrafi kształtować nasze zdanie o „towarzyszącym” mu utworze. Oto kilka przykładów na to z najnowszej historii eurowizyjnej. W 2011 roku ciężko było wskazać mocnego faworyta. Jednak w fanowskich rankingach bardzo dobrze radziły sobie Węgry. Od publikacji piosenki What About My Dreams okraszonej bardzo dobrze zrealizowanym teledyskiem wróżono Kati Wolf zwycięstwo. Niestety jednak występ do tej propozycji nie wyglądał zbyt dobrze. Efektem było miejsce o 21. pozycji niższe od zakładanego. Również przepadł faworyt bukmacherów – reprezentant Francji, Amaury Vassili. Wygrała za to piosenka, również wybrana wewnętrznie, choć w tym przypadku chyba nikt nie spodziewał się, że azerskie Running Scared będzie aż tak skuteczna.

W 2014 roku w top 2 znalazły się dwie piosenki, które przed rozpoczęciem eurowizyjnych prób nie były brane za faworytów przez prawie nikogo. Szczególnie w przypadku ostatecznego zwycięzcy, Conchity Wurst, na pierwotne przewidywania wpłynąć mógł wyjątkowo niskiej jakości klip do Rise Like a Phoenix. Przepadła zaś faworyzowana Wielka Brytania, która nie potrafiła na Konkursie odtworzyć magii jaka otoczyła oficjalną przedeurowizyjną prezentację piosenki.

W zeszłym roku o zwycięstwo mieli się bić Amir z Francji, Sergey z Rosji oraz Dami z Australii – cała trójca wybrana wewnętrznie. Każdy z nich ostatecznie skończył wysoko, ale gdzie trzech się bije tam czwarta korzysta. Jamala tak samo jak w ukraińskich selekcjach rzutem na taśmę zwyciężyła, przenosząc Eurowizję do Kijowa.

Jak to może być w tym roku? Osobiście uważam, że Włochy zgodnie z przewidywaniami sięgną po eurowizyjne trofeum. Występ sympatycznego Francesco Gabbaniego ma być identyczny względem tego z San Remo, a konieczne zmiany w piosence Occidentali’s Karma były subtelne w najbardziej możliwy sposób. Zapewne na braku zmian po raz kolejny dobrze wyjdzie Szwecja. Zapewne też nastąpi przetasowanie w faworytach wybranych wewnętrznie – wydawać się może że wysoko oceniane aktualnie Belgia, Macedonia czy też Francja nie skończą wcale tak wysoko jak się zakłada. Za to czarnym koniem może okazać się reprezentant Bułgarii.

Stosunek ilości piosenek wybranych poprzez selekcje do wybranych wewnętrznie w top 10 od wielu lat kształtuje się na prawie identycznym poziomie jak w całej stawce konkursu – im więcej ogółem „wewnętrzniaków”, tym więcej ich w najlepszej dziesiątce. Ostatnio stosunek ten wynosi 50:50. Wynika więc z tego, że selekcje wcale tak bardzo nie górują. Piosenka wybrana wewnętrznie jak najbardziej może się spodobać głosującemu – zwłaszcza jeśli jest śpiewana przez doświadczonego wykonawcę, a za występem stoją specjaliści. Jednak ciężej nam, widzom, oceniającym przed Konkursem piosenkę praktycznie tylko i wyłącznie na podstawie wersji studyjnej oraz teledysku, realnie ocenić jej szansę na dobry wynik. Stąd wiele błędów w ocenie właśnie piosenek wybranych wewnętrznie. Z wyborami selekcyjnymi jest jednak inaczej – bardzo kolokwialnie można stwierdzić „widziały gały co brały” – jeśli piosenka w takim a nie innym pakiecie muzyczno-wizyjnym spodobała się głosującym i podoba się fanom – oznacza to, że trzeba bardzo dobrze przemyśleć czy warto cokolwiek w nim zmieniać. Lepiej nie mieszać w czymś, jeśli nie mamy 200 % pewności, że będzie to zmiana na lepsze.

Na zakończenie z przymrużeniem oka: przykład na to, że lepsze jest wrogiem dobrego w jednym z hitów Ylvisa, enjoy!

Wasza HoSanna

Ps. We wszystkich linkach zawarte zostały ostateczne wersje piosenek i występów – warto zapoznać się z pierwowzorami, aby porównać i wyrobić sobie własną opinię na temat potrzeby i istoty eurowizyjnych zmian

Źródło: analiza własna    Foto:Jonas Ekstromer / EFE